Łatwo było zalać wdzięczność złością. Nie, złością? To nie była złość. Gorycz, żal, dystans, jakim oddzieliłaś się od człowieka, który w zasadzie tylko wypełnił swoje słowa, prawda? Wcześniej nimi zamieszał, pobawił się, chciał dostawać, a swoje dawanie obrócił ku innej osobie. Przynajmniej taki obraz odbijały morskie fale. Piękne były krucze skrzydła nad lazurem spienionych łbów, nad skrzącymi promieniami słońca, które przykrywał swym cieniem. Co tu robisz, Kruku? Przecież to mewy powinny zamieszkiwać te złociste wyspy. Biel piór, nie czerń, winna spadać z wdzięcznością do słonej wody.
Chciał wyrzucić ten pierścionek, chciał odesłać razem z tym niedokończonym dziennikiem kamień, którego niebo dawało Laurentowi nadzieję i siłę, żeby próbować walczyć dalej. Nie zdobył się na to. Przeklinał swoją słabość, ale to parę dni temu. Kiedy pijany wrócił do domu. Kiedy obudził się następnego dnia z kacem. Kiedy musiał szarpać się z Thoranem i płakać nad stworzeniami, których nie potrafił ochronić. Jeśli jego życie nie było przykładem kpiny Boga, to co miało nim być? Szczur goszczony między egipską bawełną pościeli?
Adrenalina drugi raz skoczyła do jego żył, gdy zachwiała się jego równowaga. Przesunął się gwałtownie, bo przesunął się stół - przez moment sądził, że całkowicie stracił równowagę i upada. A to tylko ciepła woda rozlała się po drewnie. Woda z krwią. Szurnięcie ciężkiego mebla, szurnięcie metalowej misy, ceramicznych kubków zostawionych z drugiej strony stołu - kolejna kakofonia dźwięków. Jej rozpoczęciem było jedno słowo - tylko jakie? Rozkazujące? Błagalne? Prosił siebie samego, Laurenta, czy Boga Jedynego? Jak niemy i głuchy potrafił być świat na twoje tragedie wiedzieli tylko ci, którzy doświadczyli ich wystarczająco wiele. Fleamont był uosobieniem Tragedii. Skrzypcami Królowej Porażek, która wyciągała na jego strunach najwyższe nuty.
- Płakać... - Nie roześmiał się, ale echo tego śmiechu słyszalne było w jego głosie. Podniósł głowę na Fleamonta, podciągając się i poprawiając swoją pozycję na stole, który względem jego położenia odjechał razem z jego rękoma. Teraz miał przynajmniej pewność, że to nie on poleciał. - Tak. Zimno mi. - Pytania, pytania, słowa za słowami... tylko niech się najpierw znowu serduszko uspokoi i niech ta sytuacja nabierze jakiegoś sensu. Wyciągniemy ją ze studni surrealności. Może krucze skrzydła to wytrzymają. Przesunął wzrok we wskazanym kierunku, szukając fioletowych drzwi. Tych, które nie prowadził ani do New Forest, ani do Paryża.
Droga do nich wydawała się jednak dokładnie tak samo długa.
- Jeśli... mógłbym się odwdzięczyć za ten kłopot... proszę dać znać. - Czasami kiedy to mówił, ludzie oskarżali go o dwuznaczność. Powiedzenie, że niesłusznie, byłoby kłamstwem, choć kłamstwem podtrzymanym. W tym wypadku jednak ciężko było się jakiejkolwiek dwuznaczności doszukać. Odprowadził ją spojrzeniem, bo nie chciał się przy niej kompromitować. Dopiero wtedy bardzo powoli i ociężale się podniósł. Ciało z ołowiu - zatonąłby teraz bez ratunku w morskich falach. Utonąłby... gdyby nie ta wyciągnięta dłoń. Dłoń, którą przyjął z ulgą. Przytrzymał drugą koc na swoich ramionach. Nawet jeśli teraz trochę mokry.
- Widziałem dzisiaj, jak Geraldine odrywa głowę żywej istocie. - Ten obraz jak żywy tkwił przed jego oczami. - Po prostu oderwała tej kobiecie głowę. Krew była.... była wszędzie. I wszędzie były te martwe ciała. Puste oczy. Krew. - Dotarło do niego, że ta opowieść niekoniecznie była ładna, składna, ale rozwiał tę myśl. Te obrazy kołotały się w jego głowie, ale wcale nie czuł, jakby miał płakać. W zasadzie to miał wrażenie, że bliżej było mu do śmiechu. Stawiał ostrożne kroki do łazienki.