05.11.2024, 23:05 ✶
Flynn kiwnął głową. W tej przestrzeni wyraźnie czuł się jak u siebie - nie zachowywał się już jak ktoś niedopasowany do otoczenia, jak w New Forest, w którym nie wiedział, gdzie powinien usiąść, jak powinien się zachowywać. I tak - był permanentnie zestresowany, ale był też jednocześnie swój. Znał rozkład przedmiotów w szafkach, najwyraźniej nie czuł się też źle z korzystaniem z nich, skoro tak bezceremonialnie pił ich alkohol bez zadania żadnego pytania. Musieli znać się blisko. Bardzo, bardzo blisko, jednocześnie coś wisiało w powietrzu - bo Cora jedynie uśmiechnęła się do Laurenta i pokręciła głową na znak, że niczego od niego nie oczekiwała, a Crow w reakcji na to znów się napiął i w klimacie utrzymującej się od samego początku niezręczności, podrapał się nerwowo po głowie. To on będzie się za to odwdzięczał, a ona miała głęboko w nosie jego kolejne podboje miłosne. Wszystkie kończyły się tak samo. Dwa miesiące temu opowiadał w tym mieszkaniu, jak wspaniale mu się układało. Dwa dni temu przyznał, że jednak nie układało się nic, ale miał taką fantazję o przeprowadzce do Londynu i mieszkaniu ze swoim nowym-byłym chłopakiem. Po tym, jak Alexander go rzucił. Dzisiaj przyprowadzał tutaj jeszcze kogoś innego. W sumie to nie dziwiło go jakoś wielce, że nie chciała się w to mieszać. Nie miała prawa zrozumieć tego, co działo się w jego głowie - tych wszystkich zawiłości, tej palącej potrzeby przeniesienia siedzącego naprzeciw niego blondyna nad śmiercią, chociaż ostatnie iskry zdrowego rozsądku kazały mu uciekać od niego jak najdalej.
Zaczął od wyciągnięcia go z tamtego domu, kontynuował przez pomoc w dojściu do łazienki. W tej łazience się ze sobą rozstali, bo Crow poszedł po zapowiedziane wcześniej ubrania. Nie swoje. Ubrania Waugy'ego. Luźne, wygodne, jasne. Na Laurenta odrobinę przydługie, bo mężczyzna, którego Crow mianował lata temu swoim jedynym przyjacielem, był od niego o głowę wyższy. Zatrzymał się z nimi przy drzwiach, oparł plecy o ścianę i nasłuchiwał ruchów w środku. Tak, to nie było do końca normalne i nie do końca rozumiał, dlaczego to robi, ale nawet mimo chęci wyjścia na balkon i zapalenia, nie mógł go tak po prostu zostawić. Wyglądał tak cholernie blado, tak... źle. Podejrzenie, że mógłby upaść, a on by tego nie usłyszał, wydawało się całkiem sensowne. To były dobre argumenty, ale dlaczego zamiast tam wejść albo usiąść na krześle, wolał analizować stłumione przez drewno pluski wody? Nie wiedział. Po prostu to robił. Stał i czekał. W ciszy. Nie miał pojęcia, w jaki sposób skomentować wypowiedź o uciętej głowie. Prewett pewnie trochę majaczył, nie wszystko musiało wyglądać dokładnie tak, jak podpowiadała tu wyobraźnia... prawda? Zbieżność imion? Albo znowu wierzył w kogoś za bardzo. Podejrzanie dużo ludzi, których lubił lub kochał prędzej czy później stawało się nekromantami, później czarnoksiężnikami, może dlatego zawód Aurora wydawał mu się nagle tak atrakcyjny.
Kiedy Laurent go zawołał, nie wydawał już żadnych dźwięków, albo otworzył drzwi, Crow był gotowy, żeby podać mu te spodnie i koszulkę. Nie wpadł tylko na dla innych zapewne dość oczywistą sprawę, jaką zwykle zajmowali się gospodarze. Pokazanie kosmetyków, czystych ręczników. On przecież te rzeczy brał jak swoje, od zawsze. Czasami sam nie potrafił wyjść z podziwu nad tym, jak wiele potrafiło mu umykać przy tak szerokiej wiedzy o świecie - to był nonkonformizm czy głupota?
Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jakie emocje mogło wzbudzać jego absolutne, nieprzerwane milczenie. No bo okej - nie odzywał się po tym, jak zaliczył wcześniej skuchę, ale to też nie tak, że go tutaj nie było.
Tak...?
Na pewno tak.
Na pewno tak, poza tym to byłoby korzystne, gdyby Laurent dał się zabrać do łóżka i zasnął. Miał dzisiaj rację w jednym - pójdzie spać, a jak wstanie, to nic mu nie będzie. Zacznie się nowy dzień. Przetrwał. Przespana noc była mu potrzebna, żeby to prawdziwie zrozumieć. Rozpamiętywanie tego było złe.
Zaczął od wyciągnięcia go z tamtego domu, kontynuował przez pomoc w dojściu do łazienki. W tej łazience się ze sobą rozstali, bo Crow poszedł po zapowiedziane wcześniej ubrania. Nie swoje. Ubrania Waugy'ego. Luźne, wygodne, jasne. Na Laurenta odrobinę przydługie, bo mężczyzna, którego Crow mianował lata temu swoim jedynym przyjacielem, był od niego o głowę wyższy. Zatrzymał się z nimi przy drzwiach, oparł plecy o ścianę i nasłuchiwał ruchów w środku. Tak, to nie było do końca normalne i nie do końca rozumiał, dlaczego to robi, ale nawet mimo chęci wyjścia na balkon i zapalenia, nie mógł go tak po prostu zostawić. Wyglądał tak cholernie blado, tak... źle. Podejrzenie, że mógłby upaść, a on by tego nie usłyszał, wydawało się całkiem sensowne. To były dobre argumenty, ale dlaczego zamiast tam wejść albo usiąść na krześle, wolał analizować stłumione przez drewno pluski wody? Nie wiedział. Po prostu to robił. Stał i czekał. W ciszy. Nie miał pojęcia, w jaki sposób skomentować wypowiedź o uciętej głowie. Prewett pewnie trochę majaczył, nie wszystko musiało wyglądać dokładnie tak, jak podpowiadała tu wyobraźnia... prawda? Zbieżność imion? Albo znowu wierzył w kogoś za bardzo. Podejrzanie dużo ludzi, których lubił lub kochał prędzej czy później stawało się nekromantami, później czarnoksiężnikami, może dlatego zawód Aurora wydawał mu się nagle tak atrakcyjny.
Kiedy Laurent go zawołał, nie wydawał już żadnych dźwięków, albo otworzył drzwi, Crow był gotowy, żeby podać mu te spodnie i koszulkę. Nie wpadł tylko na dla innych zapewne dość oczywistą sprawę, jaką zwykle zajmowali się gospodarze. Pokazanie kosmetyków, czystych ręczników. On przecież te rzeczy brał jak swoje, od zawsze. Czasami sam nie potrafił wyjść z podziwu nad tym, jak wiele potrafiło mu umykać przy tak szerokiej wiedzy o świecie - to był nonkonformizm czy głupota?
Nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, jakie emocje mogło wzbudzać jego absolutne, nieprzerwane milczenie. No bo okej - nie odzywał się po tym, jak zaliczył wcześniej skuchę, ale to też nie tak, że go tutaj nie było.
Tak...?
Na pewno tak.
Na pewno tak, poza tym to byłoby korzystne, gdyby Laurent dał się zabrać do łóżka i zasnął. Miał dzisiaj rację w jednym - pójdzie spać, a jak wstanie, to nic mu nie będzie. Zacznie się nowy dzień. Przetrwał. Przespana noc była mu potrzebna, żeby to prawdziwie zrozumieć. Rozpamiętywanie tego było złe.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.