05.11.2024, 23:33 ✶
Samuel miał dobrą duszę. Łagodną duszę. Cierpiącą duszę.
Nie był połączony z lasem, ale więź, która łączyła go z Roselyn była niezaprzeczalna. I jeśli ona miała umrzeć... Nie miał problemu z jej przejściem. Wizja wysysanej przez potwora duszy z wiekowego dębu zatrzęsła nim jednak do cna.
Samuel też nie chciał, aby jego emocje, jego strach, jego przerażenie i szarpiąca nim potrzeba ochrony kobiety sprowadziła na nich inne przekleństwo. Ostatnio ataki klątwy ziemi nasiliły się, ostatnio miał coraz mniejszą nad przypadłością kontrolę. I choć spotkanie z lekarką dało mu nie tylko zgryzoty ale też wielkie nadzieje na poprawę sytuacji, to wciąż nie był pewien, czy nie skrzywdzi tych, na których zależało mu najbardziej samą troską, która przyoblekała maski przerażenia i bezradności.
Jako ptak wzbił się w powietrze. Czuł nocne powietrze między lotkami i czuł och jego umysł stał się taki malutki i taki prostolinijny. Roselyn. Potwór. Tropienie. Więcej nie trzeba było, aby jego ptasie ciało zapikowało między drzewa. Oczywiście dbał o swoje bezpieczeństwo, jego misja nie była samobójcza. Mimo strachu obserwował, mimo też niedogodności własnej natury, oka, które miało więcej czopków niż pręcików. Nie był sową, a jastrzębiowatym krogulcem, musiał radzić sobie z tym co ofiarowane było mu przez tę powłokę. Przeskakiwał z drzewa na drzewo, szukał, określał drogę. Chłonął informacje, które potem mógłby przekazać tym, którzy będą w stanie pokonać bestię. Jeśli rośliny nie potrafią ochronić się same... A taką miał nadzieję, tak mocno modlił się o to, aby chociaż one miały spokój od potworności zesłanych przez tych okrutnych Śmierciożerców na Dolinę.
W końcu jednak mrok zlał się z mrokiem, trop urwał się i choć nasłuchiwał i krążył między drzewami, nie wiedział co dalej począć i w jaką stronę powinien się udać. Był pewien że potwór znał tę ścieżkę i wiedział dokąd wraca. Leże bestii zostało dla niego jednak nie odkryte. Pokrążył jeszcze moment między drzewami i zawrócił, tym razem nie kierując swego lotu ku ogrodowi Warowni, a do pięknej posiadłości Greengrassów. Jego dusza szarpała go ku cierpiącej Roselyn, jej bezsilne spojrzenie wypaliło się w jego umyśle i choć nie umiał wiele, liczył, że jeśli usiądzie obok, może jeśli stanie się wielką misiową przytulanką, może wtedy znów zagości uśmiech na jej ładnej, driadziej twarzy. Bardzo na to liczył, nawet w ptasim prostym umyśle. Gnany dziwną, łączącą ich nicią, odnalazł właściwe okno i zastukał w nie dziobem.
Żył i ona żyła, to było najważniejsze.
Musieli uratować Knieję. Musieli znaleźć sposób, by bestia poniosła karę za swoją zbrodnię.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Nie był połączony z lasem, ale więź, która łączyła go z Roselyn była niezaprzeczalna. I jeśli ona miała umrzeć... Nie miał problemu z jej przejściem. Wizja wysysanej przez potwora duszy z wiekowego dębu zatrzęsła nim jednak do cna.
Samuel też nie chciał, aby jego emocje, jego strach, jego przerażenie i szarpiąca nim potrzeba ochrony kobiety sprowadziła na nich inne przekleństwo. Ostatnio ataki klątwy ziemi nasiliły się, ostatnio miał coraz mniejszą nad przypadłością kontrolę. I choć spotkanie z lekarką dało mu nie tylko zgryzoty ale też wielkie nadzieje na poprawę sytuacji, to wciąż nie był pewien, czy nie skrzywdzi tych, na których zależało mu najbardziej samą troską, która przyoblekała maski przerażenia i bezradności.
Jako ptak wzbił się w powietrze. Czuł nocne powietrze między lotkami i czuł och jego umysł stał się taki malutki i taki prostolinijny. Roselyn. Potwór. Tropienie. Więcej nie trzeba było, aby jego ptasie ciało zapikowało między drzewa. Oczywiście dbał o swoje bezpieczeństwo, jego misja nie była samobójcza. Mimo strachu obserwował, mimo też niedogodności własnej natury, oka, które miało więcej czopków niż pręcików. Nie był sową, a jastrzębiowatym krogulcem, musiał radzić sobie z tym co ofiarowane było mu przez tę powłokę. Przeskakiwał z drzewa na drzewo, szukał, określał drogę. Chłonął informacje, które potem mógłby przekazać tym, którzy będą w stanie pokonać bestię. Jeśli rośliny nie potrafią ochronić się same... A taką miał nadzieję, tak mocno modlił się o to, aby chociaż one miały spokój od potworności zesłanych przez tych okrutnych Śmierciożerców na Dolinę.
W końcu jednak mrok zlał się z mrokiem, trop urwał się i choć nasłuchiwał i krążył między drzewami, nie wiedział co dalej począć i w jaką stronę powinien się udać. Był pewien że potwór znał tę ścieżkę i wiedział dokąd wraca. Leże bestii zostało dla niego jednak nie odkryte. Pokrążył jeszcze moment między drzewami i zawrócił, tym razem nie kierując swego lotu ku ogrodowi Warowni, a do pięknej posiadłości Greengrassów. Jego dusza szarpała go ku cierpiącej Roselyn, jej bezsilne spojrzenie wypaliło się w jego umyśle i choć nie umiał wiele, liczył, że jeśli usiądzie obok, może jeśli stanie się wielką misiową przytulanką, może wtedy znów zagości uśmiech na jej ładnej, driadziej twarzy. Bardzo na to liczył, nawet w ptasim prostym umyśle. Gnany dziwną, łączącą ich nicią, odnalazł właściwe okno i zastukał w nie dziobem.
Żył i ona żyła, to było najważniejsze.
Musieli uratować Knieję. Musieli znaleźć sposób, by bestia poniosła karę za swoją zbrodnię.
Koniec sesji
Post na podstawie tej wiadomości