Szorstkie ręce zaciskające się na ostrzu noża, który przecinał tkankę jak nóż przesuwał się przez masło. Crow mógł odciąć czyjąś głowę równie łatwo, jak zrobiła to Geraldine. Odrobina magii i kręgosłup przestawał być takim zapornikiem dla utrzymywania czaszki w miejscu. Osoba, która była w stanie doprowadzić do takiej krzywdy zbliżała się do niego tak, jakby był spłoszonym zwierzęciem. Jak ten kot na scenie - ciekawy, ale jednocześnie bojący się rzeczy nowej. Zmuszony samemu sobie do oswojenia się, podejścia i przekonania, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Albo tak, jakby był hyclem, który chce złapać stworzenie, którego nie może potraktować brutalnie, bo połamie jego delikatne kości. Nie może też podejść gwałtownie, bo inaczej ta istota zacznie uciekać i też złamie sobie kości. Pewnie spadnie z braku sił, próbując wskoczyć na murek. Ta ostrożność kroków była niepokojąca. Cisza przed burzą, sztorm, który się zbliża... Czy w spotkaniu z kimś takim jak Fleamont Bell można było naprawdę czuć się w pełni bezpiecznie? Kiedy w każdej chwili ten spokój i cisza mogły zamienić się w absolutną burzę.
Czerń tatuażu musiała się mocno odcinać w czarno-białym świecie Flynna na plecach Laurenta. Jak pierwszy zarys tuszu na nieskazitelnym płótnie. W tej permanentności wydarzeń i zamkniętym kole, w jakim toczyli się z Góry Synaj, to była jedyna zmiana po jednej stronie wyrytej nożem linii. Laurent mógł się użalać, może nawet znalazłby w sobie siłę na płacz, mógł [próbować] krzyczeć, że chce do domu, żeby ten szczur wracał do swoich kanałów i więcej go nie nachodził. Powiedzieć mu, że jest okrutną, samolubną zdzirą i że nie zasługuje nawet na jego spojrzenie, co dopiero na dotyk. Lub powiedziałby tylko "proszę, powiedz coś..." Cokolwiek, żeby wyrwać głowę z tych omdlewających wspomnień.
Pierwszym dźwiękiem było westchnięcie gubiące się w dźwięku kropli spadającej z kranu i brzmienia skóry ocieranej o ceramikę, kiedy dał się obrócić na brzegu wanny.
- Ale jesteś gorący... - Bardzo mało eleganckie zdanie, co chyba nie miało żadnego znaczenia w tym perpetum mobile wzajemnej destrukcji. Był gorący. Prawie jak ta woda, którą się ogrzał. Aż przeszedł go silny dreszcz, ten całkowicie pozytywnej natury, bo było to dokładnie to, czego potrzebował w tej chwili. Położył palce na potarganych włosach, które wydawały się takim nieładem, że tylko nożyczki mogły uratować te śliczne loczki. Cieplejszy niż Duma. Niż Diva. Mówiło się, że ciepła kota nie dało się zastąpić i to była prawda. Nie dało się też zastąpić ciepła człowieka.
Pytanie "co się tam stało?" wisiało między nimi jak powietrze między kolejnymi pocałunkami. Niewypowiedziane, stłamszone, utopione w alkoholu. Chciał, żeby Flynn zadał to pytanie - to i wiele innych. I jednocześnie nie chciał słyszeć ich wcale. Coś tu było nie tak, przecież nie da się trwać w takim spokoju i ciszy przy tych wszystkich okropieństwach. Czemu Flynn nie panikował, czemu nie było niepokoju w tych zmęczonych, pieskich oczach?! Tylko ten płomyk, który mógł oznaczać wszystko i nic. Węgielek rozgrzewający jego ciało.
Wsunął ręce w koszulkę i dał sobie pomóc wciągnąć ją na swoje ciało. Podniósł się, ostrożnie, ze wsparciem Crowa i wszystko, czego teraz chciał to zasnąć.
- Idziemy spać... - To było stwierdzenie, bo już i tak miał wrażenie, że zaśnie zanim dobrze usiądzie na tym łóżku. Zrobiło mu się teraz ciepło, zaczynał na nowo mieć wrażenie, że pływa, chociaż wcale nie był na wodzie. Wyszedł, z odpowiednią asekuracją, z łazienki i dał się poprowadzić do łóżka. - Przyniesiesz mi wody? Strasznie chce mi się pić... - Przyłożył dłoń do opatrunku na szyi, czując dopiero teraz nieprzyjemny ból przy każdym skręcie szyi.