06.11.2024, 16:18 ✶
Być może jednym z powodów, dla których Brenna łatwo odnajdywała się w różnych okolicznościach, miejscach i towarzystwach, było to, że rzadko zastanawiała się, czy gdzieś pasuje. Jakaś jej część pewnie zdawała sobie sprawę z tego, że ci, którzy kiedyś tutaj bywali, mogliby nie być zadowoleni z jej obecności i z jej zachowania: że łamała jakieś tabu. Ale ich czas przeminął dawno temu, a oni żyli, i nie robiła nikomu krzywdy.
Forest of Dean był pełen piękna i starych wspomnień, a to miejsce było dla niej jednym z najpiękniejszych jego zakątków, i nie widziała powodu, aby się tu nie pojawić, póki go nie niszczyła. Nie widziała też powodu. Aby nie przyprowadzać tutaj Thomasa. Nawet jeżeli widział wiele bardziej fascynujących miejsc, bo całe lata spędził w podróżach, w poszukiwaniu albo w ucieczce, a to była stara, dobra Anglia… to dlaczego nie?
Nie czuła się Gandalfem ani Frodem. Nie czuła się nawet postacią poboczną z ulubionej sagi.
Była tylko sobą.
– No cóż… biorąc pod uwagę zamiłowania hobbitów do wpadania pod ziemię i jedzenia, mogłabym się od biedy nadać, ale oni bardzo nie lubią ruszać się z miejsca, a poza tym marna ze mnie mistrzyni zagadek, więc musimy wykombinować inny sposób na pozbycie się naszego władcy zła i ciemności – odparła, już z wyżyn gałęzi. Nie chciała jednak o tym myśleć: nie teraz. Odsuwała zresztą od siebie tę myśl od dawna, może dlatego, że gdyby głębiej się nad nią zastanowiła, musiałaby dopuścić do siebie świadomość, ile rzeczy robią źle.
Skupiali się na powstrzymywaniu śmierciożerców i ochranianiu ludzi, a ich celem powinno być opracowanie sposobu na pozbycie się Voldemorta.
Rzecz w tym, że do tego potrzebowali Dumbledore’a. Gdzieś w Brennie wciąż tliła się wiara, że pewnego dnia Albus stanie naprzeciwko Toma Riddle’a, tak jak stanął naprzeciwko Grindewalda – że pokona go, jak pokonał poprzedniego Czarnego Pana. Nie była naiwna, nie liczyła, że ona, ktoś inny z Zakonu czy z Biura Aurorów zdoła zabić Voldemorta, ale Dumbledore powinien być w stanie to zrobić.
A jednak nie robili niczego, by próbować go znaleźć.
Niczego, by spróbować go dopaść.
– Nie mam kanapek ani kocyka. Ale mam czekoladowe żaby – oświadczyła Brenna, zanurzyła w kieszeni rękę i rzuciła ku Thomasowi kolorowe, charakterystyczne pudełeczko. – A paprocie się nadadzą całkiem nieźle, żeby sobie na nich posiedzieć, jeśli nie masz ochoty łazić po drzewach.
Forest of Dean był pełen piękna i starych wspomnień, a to miejsce było dla niej jednym z najpiękniejszych jego zakątków, i nie widziała powodu, aby się tu nie pojawić, póki go nie niszczyła. Nie widziała też powodu. Aby nie przyprowadzać tutaj Thomasa. Nawet jeżeli widział wiele bardziej fascynujących miejsc, bo całe lata spędził w podróżach, w poszukiwaniu albo w ucieczce, a to była stara, dobra Anglia… to dlaczego nie?
Nie czuła się Gandalfem ani Frodem. Nie czuła się nawet postacią poboczną z ulubionej sagi.
Była tylko sobą.
– No cóż… biorąc pod uwagę zamiłowania hobbitów do wpadania pod ziemię i jedzenia, mogłabym się od biedy nadać, ale oni bardzo nie lubią ruszać się z miejsca, a poza tym marna ze mnie mistrzyni zagadek, więc musimy wykombinować inny sposób na pozbycie się naszego władcy zła i ciemności – odparła, już z wyżyn gałęzi. Nie chciała jednak o tym myśleć: nie teraz. Odsuwała zresztą od siebie tę myśl od dawna, może dlatego, że gdyby głębiej się nad nią zastanowiła, musiałaby dopuścić do siebie świadomość, ile rzeczy robią źle.
Skupiali się na powstrzymywaniu śmierciożerców i ochranianiu ludzi, a ich celem powinno być opracowanie sposobu na pozbycie się Voldemorta.
Rzecz w tym, że do tego potrzebowali Dumbledore’a. Gdzieś w Brennie wciąż tliła się wiara, że pewnego dnia Albus stanie naprzeciwko Toma Riddle’a, tak jak stanął naprzeciwko Grindewalda – że pokona go, jak pokonał poprzedniego Czarnego Pana. Nie była naiwna, nie liczyła, że ona, ktoś inny z Zakonu czy z Biura Aurorów zdoła zabić Voldemorta, ale Dumbledore powinien być w stanie to zrobić.
A jednak nie robili niczego, by próbować go znaleźć.
Niczego, by spróbować go dopaść.
– Nie mam kanapek ani kocyka. Ale mam czekoladowe żaby – oświadczyła Brenna, zanurzyła w kieszeni rękę i rzuciła ku Thomasowi kolorowe, charakterystyczne pudełeczko. – A paprocie się nadadzą całkiem nieźle, żeby sobie na nich posiedzieć, jeśli nie masz ochoty łazić po drzewach.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.