Powinien zastanowić się nad tym ciepłem. Jest chory? Coś mu się dzieje? Skłamał na temat tego, że... Ach, przecież kłamstwa nie było żadnego. Było tylko hasło "poszedł sobie". Przed "poszedł sobie" mogło zalegać wiele niewypowiedzianych słów. Wronki dziób był mistrzem milczenia. Nie krakał, bo uczyli, że tylko wkraczając między inne wrony musisz krakać tak jak one. Tymczasem on wchodził w świat białych, pawich piór, albo tęczowo lśniących łusek węża. Jeśli najpiękniejszego z aniołów kojarzyli z wężem to ta opowieść się zgadzała. I w takiej opowieści nagle nie było dobrych słów, więc milczenie i próba uniknięcia brudzenia Edenu swoim czarnym puchem wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Piękne wyobrażenie siebie samego, żeby później myśleć o sobie niżej niż wartość człowieka. Laurent sam dopisał sobie słowa, że nie było żadnej walki i panowie się w zasadzie ze sobą minęli. W koncentracji na sobie samym zamiast pomyśleć, czy Flynn jest chory, cieszył się tym gorącem. Był jak termofor, którego naprawdę potrzebował. I był - na zawołanie. Może eto magia, w końcu Flynn był dobry w części bez różdżki... Tak, pewnie magia. Słowem nie powiedział "dziękuję", ale był zdecydowanie wdzięczny, że nie musi wrócić do domu, w którym by pewnie rozpłakał się w połowie drogi do sypialni i skrzat musiałby go zbierać z podłogi.
Dziwne były te spojrzenia Flynna i całe jego zachowanie. Znał trochę ten schemat... Duma zachowywał się dokładnie tak samo, kiedy schorowany leżał w łóżku. Niespokojnie się kręcił, albo siedział napięty, dopiero przywołanie go do siebie sprawiało, że się trochę uspokajał. Patrzył na niego ślepiami... Dokładnie takimi samymi, jakimi patrzył teraz Flynn. Jakby się bał, ale jednocześnie jakby chciał przekazać całe ciepło, jakie posiadał. "Pan może spać. Ja Pana przypilnuję." I mógł spać, bo wiedział, że on go naprawdę obroni. Pewnie znowu fantazjował. Ale naprawdę Crown miał teraz taką minę, jakby chciał się zwinąć w kłębek na tej wycieraczce łazienkowej, bo w tych czterech ścianach łazienki był bardziej zdolny do... Czego? Obrony? Po tych pocałunkach i ruchach dłoni powinien się spodziewać, że chciał czegoś więcej - może dlatego zbyt fantazjował. Flynn, wbrew swoim słowom, chyba naprawdę chciał od niego... Nie. Nie skaczmy po tych sprzecznościach. Wystarczy, że czarnowłosy był ich pełen.
Koniec końców wyszło na to samo. Flynn roztrzaskał wazon z kwiatami od Perseusa, ale sam wręczył mu pierścionek, żeby przytulać się w jednym łóżku z Alexanderem. Gorzki uśmiech ozdobił usta Laurenta jak burungd szminki.
Z westchnieniem zapadł się w miękką, bezpieczną pościel. Mógł bać się spać, mógł bać się tych widoków, ale jego ciało chciało snu i dopominało się boleśnie. Cały dzień chodzenia, pływania, napięcia, strachu, utrata krwi. Było coś słodkiego w tym pocałunku. Niewinnym, prawda? To było wręcz rozbrajająco niewinne, jeśli tylko przyrównało się ten gest do wulgarności codziennej Fleamonta. Tym razem uśmiechnął się bez goryczy, zanim dość łapczywie wypił kilka łyków wody. Skinął głową, spoglądając w półmroku na paczkę papierosów. Odstawił szklankę na stół... I nawet nie pamiętał, kiedy przyłożył głowę do poduszki. Już spał. W końcu, chociaż na chwilę, mając obok siebie urzeczywistnienie snu, za którym tak gonił.
To nie była spokojna noc. Była przeciwieństwem spokoju. Z pełnymi przemocy obrazami cisnącymi się pod powieki, majaczeniem przez sen, krótkimi przebudzneiami, kiedy wtulał się w czarnowłosego i wszystko stawało się lepsze. Przez kolejną krótką chwilę spełniała się obietnica pustki - bezpiecznie przestrzeni, która otulała go ciepłem ramion.
W końcu zasnął na dłużej i obudziły go dopiero dźwięki życia tego domu.