07.11.2024, 23:03 ✶
Tak jak Knieja opłakiwała kolejny Dąb, który padł pod wpływem naporu tych przedziwnych istot, tak płakali i oni. Płakał Ambroise, chociaż nie dosłownie. Płakał Samuel, płakała i ona. Łzy, które spływały po jej policzkach, nie chciały przestać lecieć. Krzyczała przez całą drogę, gdy brat niósł ją przez puszczę, a drzewa pochylały się nad nimi, szepcząc upiorną kołysankę. Chociaż ciężko to było nazwać krzykiem, bo fizycznie przypominało to bardziej łkanie i cichutkie wycie, niż faktyczny krzyk, to przecież płynął on z głębi serca.
Jak on mógł?
Nie. Jak on śmiał ich opuścić. A w szczególności ją. Zaufała mu, obiecali sobie, że będą w tym razem. Że staną ramię w ramię przeciwko temu, co nawiedziło Knieję. Że RAZEM stawią temu czoła. Czy te obietnice były puste? Czy były jedynie kłamstwem, w które Samuel od początku nie wierzył? Czy może to była głupia, idiotyczna wręcz brawura, jakiś dziwny odruch, który zmusił mężczyznę do wykonania tak drastycznego kroku jak przemiana i pomknięcie za dziwnym stworzeniem?
- Puść mnie, Ambroise, natychmiast - chciała, by jej głos brzmiał ostro i zdecydowanie, ale nie miała siły. Była cholernie zmęczona tym, co się stało - była wyczerpana marszem, zdzieraniem gardła przez płacz i łykaniem własnych łez. W końcu jednak zamilkła. Milczała przez resztę drogi, pochlipując. A w końcu i ten dźwięk ucichł. Pozostał tylko szum drzew, tak tragiczny i bolesny, że czuła jakby jej serce pękało na pół. Jedną połowę zostawiła tam, w Kniei. Być może to właśnie dlatego Ambroise czuł, że ciało Roselyn staje się coraz lżejsze: bo właśnie zostawiła przy martwym Dębie część swojej duszy. Czy miała nadzieję? Na ten moment: nie. Wyparowała zupełnie tak, jak kropla wody, która spływa na rozgrzany od słońca kamień. Puff, nie ma. Zostaje tylko dym.
Nie chciała siadać w tym fotelu - nie chciała być przykryta kocem. Nie chciała troski ani litości. Była na niego zła - była zła na brata, na swoją bratnią duszę ale przede wszystkim na samą siebie. Była zbyt słaba, by podołać temu wyzwaniu. To ją przytłaczało, gniotło ją w piersi i sprawiało, że ramiona samoistnie się uginały pod niewidzialnym ciężarem. Chciała protestować, ale nie była w stanie. Dopiero moment, gdy Ambroise upadł na ziemię, ją otrzeźwił.
To nie ona potrzebowała koca.
Zsunęła się na ziemię, nie chcąc by jej brat cierpiał w samotności. Bo chociaż dzielili ten ból razem, to czuła że dzieli ich jakaś niewidzialna ściana. Ściana z gęstego dymu, która była widoczna i wyczuwalna, ale niemożliwa do zburzenia. Drżącymi rękami ściągnęła koc ze swoich ramion i oplotła nim ramiona Ambroise.
- Nic nie będzie w porządku - odezwała się głucho, pozwalając na to, by pogładził jej rękę. Była zimna jak lód. Zupełnie jakby ta dziwna istota wyssała energię nie z drzewa, a z niej samej. Jej wargi były niemalże sine, a skóra tak blada, że gdyby nie fakt, że mówi i oddycha, można byłoby ją uznać za martwą. Przytuliła brata, wślizgując się obok niego pod koc. Nie mogli być teraz sami. Łzy w końcu przestały płynąć lecz nie dlatego, że poradziła sobie z bólem - a dlatego, że po prostu już ich zabrakło. - Nic.
Chciała powiedzieć dużo więcej. Że muszą znaleźć Sama. Że muszą powiedzieć ojcu. Powiadomić Ministerstwo. Przyznać się do tego, co widzieli, ile zakazów złamali. Że byli świadkami czegoś bardziej niż obrzydliwego. Ale nie miała sił psychicznych i fizycznych na to. Mogła się tylko przytulać, niemalże kradnąc ciepło ciała swojego brata. Drżała, ale nie chciała spać. Nie chciała się uspokoić... Nie: nie mogła się uspokoić. Miała dziwne wrażenie, że ich walka dopiero się rozpoczynała, a ona nie dawała rady.
Jak on mógł?
Nie. Jak on śmiał ich opuścić. A w szczególności ją. Zaufała mu, obiecali sobie, że będą w tym razem. Że staną ramię w ramię przeciwko temu, co nawiedziło Knieję. Że RAZEM stawią temu czoła. Czy te obietnice były puste? Czy były jedynie kłamstwem, w które Samuel od początku nie wierzył? Czy może to była głupia, idiotyczna wręcz brawura, jakiś dziwny odruch, który zmusił mężczyznę do wykonania tak drastycznego kroku jak przemiana i pomknięcie za dziwnym stworzeniem?
- Puść mnie, Ambroise, natychmiast - chciała, by jej głos brzmiał ostro i zdecydowanie, ale nie miała siły. Była cholernie zmęczona tym, co się stało - była wyczerpana marszem, zdzieraniem gardła przez płacz i łykaniem własnych łez. W końcu jednak zamilkła. Milczała przez resztę drogi, pochlipując. A w końcu i ten dźwięk ucichł. Pozostał tylko szum drzew, tak tragiczny i bolesny, że czuła jakby jej serce pękało na pół. Jedną połowę zostawiła tam, w Kniei. Być może to właśnie dlatego Ambroise czuł, że ciało Roselyn staje się coraz lżejsze: bo właśnie zostawiła przy martwym Dębie część swojej duszy. Czy miała nadzieję? Na ten moment: nie. Wyparowała zupełnie tak, jak kropla wody, która spływa na rozgrzany od słońca kamień. Puff, nie ma. Zostaje tylko dym.
Nie chciała siadać w tym fotelu - nie chciała być przykryta kocem. Nie chciała troski ani litości. Była na niego zła - była zła na brata, na swoją bratnią duszę ale przede wszystkim na samą siebie. Była zbyt słaba, by podołać temu wyzwaniu. To ją przytłaczało, gniotło ją w piersi i sprawiało, że ramiona samoistnie się uginały pod niewidzialnym ciężarem. Chciała protestować, ale nie była w stanie. Dopiero moment, gdy Ambroise upadł na ziemię, ją otrzeźwił.
To nie ona potrzebowała koca.
Zsunęła się na ziemię, nie chcąc by jej brat cierpiał w samotności. Bo chociaż dzielili ten ból razem, to czuła że dzieli ich jakaś niewidzialna ściana. Ściana z gęstego dymu, która była widoczna i wyczuwalna, ale niemożliwa do zburzenia. Drżącymi rękami ściągnęła koc ze swoich ramion i oplotła nim ramiona Ambroise.
- Nic nie będzie w porządku - odezwała się głucho, pozwalając na to, by pogładził jej rękę. Była zimna jak lód. Zupełnie jakby ta dziwna istota wyssała energię nie z drzewa, a z niej samej. Jej wargi były niemalże sine, a skóra tak blada, że gdyby nie fakt, że mówi i oddycha, można byłoby ją uznać za martwą. Przytuliła brata, wślizgując się obok niego pod koc. Nie mogli być teraz sami. Łzy w końcu przestały płynąć lecz nie dlatego, że poradziła sobie z bólem - a dlatego, że po prostu już ich zabrakło. - Nic.
Chciała powiedzieć dużo więcej. Że muszą znaleźć Sama. Że muszą powiedzieć ojcu. Powiadomić Ministerstwo. Przyznać się do tego, co widzieli, ile zakazów złamali. Że byli świadkami czegoś bardziej niż obrzydliwego. Ale nie miała sił psychicznych i fizycznych na to. Mogła się tylko przytulać, niemalże kradnąc ciepło ciała swojego brata. Drżała, ale nie chciała spać. Nie chciała się uspokoić... Nie: nie mogła się uspokoić. Miała dziwne wrażenie, że ich walka dopiero się rozpoczynała, a ona nie dawała rady.