22.01.2023, 00:35 ✶
Zasadniczo na list odpisała nie sama Mackenzie, a trener, którego entuzjazm wybił pod niebiosa. Była to reklama dla drużyny, a przy okazji także czysty zysk, bo według kontaktu ze Srokami, procent współpracy reklamowej wędrował na ich konto.
A Green, chyba jako jedyna w drużynie, dotąd takich zbytnio nie podejmowała. Była ostatnią osobą, która by się do tego nadawała, przynajmniej we własnym mniemaniu, poza tym odrywało ją to od treningów. Nie protestowała jednak zbyt gorąco, ulegając wreszcie argumentom, że „to dla dobra drużyny”, „większość osób w grupie to mężczyźni, nie zareklamują bransoletki”, „grasz w Srokach i drużynie narodowej, jesteś do tego najlepszą kandydatką”. Może, tylko może, myśl o tej reklamie osładzał jej fakt, że kolekcja quidditchowej biżuterii faktycznie wydawała się Green ciekawa. A poza tym miała być dla fanów, prawda? Pewnie dlatego nie zademonstrowała swojego zwykłego uporu…
Wpadła do restauracji zziajana, spóźniona jakieś trzy minuty. W przeciwieństwie do Viorici odstawała od gości. Na tyle, że kelner obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem, kiedy wyjaśniła, z kim ma się spotkać. Jasne, lekko kręcone włosy były rozwichrzone, miała na sobie byle jaką bluzę i spodnie i żadnych ozdób. Blada twarz, przywodząca na myśl porcelanową lalkę – co nie pasowało do charakteru Mackenzie tak bardzo, że już bardziej chyba nie mogło – nie nosiła śladu makijażu. W dodatku w ręku zamiast torebki Mackenzie dźwigała torbę (a w tej, choć nie dało się tego stwierdzić na pierwszy rzut oka, był strój do quidditcha), a w drugim… miotłę. Najnowszy model Nimbusa, niebotycznie drogi, potwierdzający, że owszem, Mackenzie „Green” Greengras, ścigająca angielskiej drużyny quidditcha doskonale zarabia, mimo tego, że jej buty wyglądały tak, jakby nosiła je już trzy sezony.
To nie tak, że Mackenzie nie wiedziała, że do takiej restauracji należy się właściwie ubrać. (Bo mogła się tego domyślać, nawet, jeżeli nie bywała w nich często.) Po prostu dzisiejszy trening się przedłużył: trener, niepomny, że sam wysyłał ją na to spotkanie, uparł się, że nie wypuści nikogo, póki nie wykonają manewru perfekcyjnie, a nowy ścigający w drużynie kompletnie sobie z tym nie radził. W konsekwencji Greengrass, choć użyła znienawidzonej teleportacji (i zwymiotowała w zaułku, zanim tu przybiegła), nie miała żadnych szans zdążyć na czas, jeżeli postanowiłaby najpierw pójść do mieszkania i przebrać się w naszykowany strój. Szła więc sztywno wyprostowana, starając się ignorować cudze spojrzenia. (Ba, tych było mniej niż się jej wydawało, bo jednak każdego zajmował przede wszystkim posiłek, a pewnie jeszcze ze dwie, trzy osoby obejrzały się za nią, bo ot rozpoznały twarz z gazet czy plakatów.)
- Dzień dobry – przywitała Vioricę. Jeżeli było jej wstyd tego, jak wygląda, to nie dało się tego dostrzec od razu, bo minę miała iście kamienną. – Przepraszam za spóźnienie. Trening się przedłużył – wyjaśniła. Torbę położyła obok stolika i zajęła miejsce. Kelnera poprosiła o wodę i sałatkę. To nie tak, że nie lubiła jeść: uwielbiała. Ale ze względu na karierę pilnowała pewnej diety i nie ufała tutejszym potrawom, a poza tym żołądek po teleportacji wciąż nie doszedł do siebie…
A Green, chyba jako jedyna w drużynie, dotąd takich zbytnio nie podejmowała. Była ostatnią osobą, która by się do tego nadawała, przynajmniej we własnym mniemaniu, poza tym odrywało ją to od treningów. Nie protestowała jednak zbyt gorąco, ulegając wreszcie argumentom, że „to dla dobra drużyny”, „większość osób w grupie to mężczyźni, nie zareklamują bransoletki”, „grasz w Srokach i drużynie narodowej, jesteś do tego najlepszą kandydatką”. Może, tylko może, myśl o tej reklamie osładzał jej fakt, że kolekcja quidditchowej biżuterii faktycznie wydawała się Green ciekawa. A poza tym miała być dla fanów, prawda? Pewnie dlatego nie zademonstrowała swojego zwykłego uporu…
Wpadła do restauracji zziajana, spóźniona jakieś trzy minuty. W przeciwieństwie do Viorici odstawała od gości. Na tyle, że kelner obrzucił ją zdziwionym spojrzeniem, kiedy wyjaśniła, z kim ma się spotkać. Jasne, lekko kręcone włosy były rozwichrzone, miała na sobie byle jaką bluzę i spodnie i żadnych ozdób. Blada twarz, przywodząca na myśl porcelanową lalkę – co nie pasowało do charakteru Mackenzie tak bardzo, że już bardziej chyba nie mogło – nie nosiła śladu makijażu. W dodatku w ręku zamiast torebki Mackenzie dźwigała torbę (a w tej, choć nie dało się tego stwierdzić na pierwszy rzut oka, był strój do quidditcha), a w drugim… miotłę. Najnowszy model Nimbusa, niebotycznie drogi, potwierdzający, że owszem, Mackenzie „Green” Greengras, ścigająca angielskiej drużyny quidditcha doskonale zarabia, mimo tego, że jej buty wyglądały tak, jakby nosiła je już trzy sezony.
To nie tak, że Mackenzie nie wiedziała, że do takiej restauracji należy się właściwie ubrać. (Bo mogła się tego domyślać, nawet, jeżeli nie bywała w nich często.) Po prostu dzisiejszy trening się przedłużył: trener, niepomny, że sam wysyłał ją na to spotkanie, uparł się, że nie wypuści nikogo, póki nie wykonają manewru perfekcyjnie, a nowy ścigający w drużynie kompletnie sobie z tym nie radził. W konsekwencji Greengrass, choć użyła znienawidzonej teleportacji (i zwymiotowała w zaułku, zanim tu przybiegła), nie miała żadnych szans zdążyć na czas, jeżeli postanowiłaby najpierw pójść do mieszkania i przebrać się w naszykowany strój. Szła więc sztywno wyprostowana, starając się ignorować cudze spojrzenia. (Ba, tych było mniej niż się jej wydawało, bo jednak każdego zajmował przede wszystkim posiłek, a pewnie jeszcze ze dwie, trzy osoby obejrzały się za nią, bo ot rozpoznały twarz z gazet czy plakatów.)
- Dzień dobry – przywitała Vioricę. Jeżeli było jej wstyd tego, jak wygląda, to nie dało się tego dostrzec od razu, bo minę miała iście kamienną. – Przepraszam za spóźnienie. Trening się przedłużył – wyjaśniła. Torbę położyła obok stolika i zajęła miejsce. Kelnera poprosiła o wodę i sałatkę. To nie tak, że nie lubiła jeść: uwielbiała. Ale ze względu na karierę pilnowała pewnej diety i nie ufała tutejszym potrawom, a poza tym żołądek po teleportacji wciąż nie doszedł do siebie…