22.01.2023, 00:42 ✶
Stwierdzenie, iż Eden była nietrzeźwa, byłoby grubym niedopowiedzeniem. Ona nawet nie była pijana; była doszczętnie narąbana.
Świadomość robiła, co mogła, żeby pozostać z Panią Lestrange na dłużej niż kilkanaście sekund z rzędu. Podczas tych ulotnych chwil kontaktu z rzeczywistością, które w tym momencie bardziej przypominały spazmy niż trzeźwość umysłu, blondynka biła się z własnymi myślami i ewidentnie dostawała łomot. Toteż podczas podróży do domu kurczowo trzymała się ramienia męża i dała się prowadzić bez żadnego zbędnego komentarza, bo wszystkie siły witalne zużywała na pozostanie w świecie żywych. William mógłby ją zaprowadzić do rodzinnej krypty, wskazać jakąkolwiek płaską powierzchnię, mówiąc, że to łóżko i ona uwierzyłaby mu bez zająknięcia się.
Czy była dumna z siebie, że doprowadziła się do takiego stanu? Teraz było jej wszystko jedno, ale była święcie przekonana, że jutro z rana będzie nienawidzić się za każdą rzecz, którą zrobiła tego wieczoru. Nie tylko za upicie się prawie że do nieprzytomności, ale również za to, jak zachowała się wobec małżonka. Miał swoje za uszami, nie można było zaprzeczyć, ale po wszystkim to właśnie ona, nikt inny, wychodziła na rasową hipokrytkę. Oczywiście w swojej moralnej rozprawie w głowie nie docierała jeszcze do momentu, w którym wpada na wyrażenie skruchy w sposób otwarty, ale to głównie dlatego, że łańcuch myśli Eden urywał się średnio co trzydzieści sekund, gdyż jego właścicielka była zarazem jego najsłabszym ogniwem w tej chwili.
Nie zauważyła fotela; równie dobrze mogłaby wejść w ścianę. Od niej również odbiłaby się jak piłeczka kauczukowa i szłaby dalej. Obecnie najistotniejszym problemem w jej głowie było to, że materiał sukienki wokół nóg zdawał się nagle urosnąć do niebotycznych rozmiarów i ciągle plątał się pod stopami. Chyba tylko dzięki boskiej opatrzności (w którą na trzeźwo za grosz nie wierzyła) jeszcze nie potknęła się i nie wybiła sobie zębów o podłogę. Możliwe, że dużo zawdzięczała też asekuracji Willa, ale o jego obecności przy swoim boku przypominała sobie sporadycznie, za każdym razem tak samo niebosko zaskoczona, że ją trzyma.
W ogóle nie przypominała sobie też, że zakładała marynarkę do tej sukienki. Przecież marynarka nie pasowała do sukni balowej, co sobie myślała? Musiała przecież mieć w tym jakiś cel. Może przegrała z kimś zakład?
- Chcesz ze mną spać? - zapytała tonem tak wzruszonym, jakby zaraz miała się rozpłakać ze szczęścia. Cała reszta pytania do niej nie dotarła, schody oraz wrogi stosunek Williama doń został pominięty, liczyła się obecnie kwestia spania wspólnie. Otoczyła go ramionami, skoro już i tak był tuż obok niej i wspierał nań swą głowę, po czym zanurzyła usta w jego włosach, chyba próbując pocałować go w czubek głowy. Zanim to jednak zdążyła zrobić, dotarła do niej pozostała część wypowiedzi Williama, na którą nagle poczuła potrzebę odpowiedzieć, toteż akcja pocałunek została nadpisana dialogiem.
- A wiesz, co jest moim wrogiem? Ta przeklęta sukienka - zapytała i od ręki sama sobie odpowiedziała, również brzmiąc śmiertelnie poważnie. - Mam dla ciebie zadanie bojowe - dodała, wyswabadzając się (średnio zgrabnie, prawdopodobnie zasadziła mu łokciem w jakiś kluczowy organ) z uścisku męża. Obróciła się do niego plecami gwałtownie, przez co zatoczyła się lekko, ale elegancko wróciła do pionu - to chyba znak, że nieco trzeźwiała.
- Rozepnij mi guzik na plecach - zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Musimy się jej pozbyć - dodała sekundę później, wciąż śmiertelnie poważna. - Sukienki w sensie, a nie twojej kochanki. Na tę drugą jeszcze przyjdzie kolej - obiecała dosyć łagodnym tonem, kontrastującym z grobową powagą sprzed chwili. Sama też nie wiedziała, czemu nagle wspomniała o Florence, którą obecnie miała za latawicę z powodu jej tańca z Williamem. Było to zupełnie wyrwane z kontekstu, ale Eden w tym momencie absolutnie nie miała pojęcia, co się właściwie dzieje. I chyba wcale nie chciała wiedzieć.
Świadomość robiła, co mogła, żeby pozostać z Panią Lestrange na dłużej niż kilkanaście sekund z rzędu. Podczas tych ulotnych chwil kontaktu z rzeczywistością, które w tym momencie bardziej przypominały spazmy niż trzeźwość umysłu, blondynka biła się z własnymi myślami i ewidentnie dostawała łomot. Toteż podczas podróży do domu kurczowo trzymała się ramienia męża i dała się prowadzić bez żadnego zbędnego komentarza, bo wszystkie siły witalne zużywała na pozostanie w świecie żywych. William mógłby ją zaprowadzić do rodzinnej krypty, wskazać jakąkolwiek płaską powierzchnię, mówiąc, że to łóżko i ona uwierzyłaby mu bez zająknięcia się.
Czy była dumna z siebie, że doprowadziła się do takiego stanu? Teraz było jej wszystko jedno, ale była święcie przekonana, że jutro z rana będzie nienawidzić się za każdą rzecz, którą zrobiła tego wieczoru. Nie tylko za upicie się prawie że do nieprzytomności, ale również za to, jak zachowała się wobec małżonka. Miał swoje za uszami, nie można było zaprzeczyć, ale po wszystkim to właśnie ona, nikt inny, wychodziła na rasową hipokrytkę. Oczywiście w swojej moralnej rozprawie w głowie nie docierała jeszcze do momentu, w którym wpada na wyrażenie skruchy w sposób otwarty, ale to głównie dlatego, że łańcuch myśli Eden urywał się średnio co trzydzieści sekund, gdyż jego właścicielka była zarazem jego najsłabszym ogniwem w tej chwili.
Nie zauważyła fotela; równie dobrze mogłaby wejść w ścianę. Od niej również odbiłaby się jak piłeczka kauczukowa i szłaby dalej. Obecnie najistotniejszym problemem w jej głowie było to, że materiał sukienki wokół nóg zdawał się nagle urosnąć do niebotycznych rozmiarów i ciągle plątał się pod stopami. Chyba tylko dzięki boskiej opatrzności (w którą na trzeźwo za grosz nie wierzyła) jeszcze nie potknęła się i nie wybiła sobie zębów o podłogę. Możliwe, że dużo zawdzięczała też asekuracji Willa, ale o jego obecności przy swoim boku przypominała sobie sporadycznie, za każdym razem tak samo niebosko zaskoczona, że ją trzyma.
W ogóle nie przypominała sobie też, że zakładała marynarkę do tej sukienki. Przecież marynarka nie pasowała do sukni balowej, co sobie myślała? Musiała przecież mieć w tym jakiś cel. Może przegrała z kimś zakład?
- Chcesz ze mną spać? - zapytała tonem tak wzruszonym, jakby zaraz miała się rozpłakać ze szczęścia. Cała reszta pytania do niej nie dotarła, schody oraz wrogi stosunek Williama doń został pominięty, liczyła się obecnie kwestia spania wspólnie. Otoczyła go ramionami, skoro już i tak był tuż obok niej i wspierał nań swą głowę, po czym zanurzyła usta w jego włosach, chyba próbując pocałować go w czubek głowy. Zanim to jednak zdążyła zrobić, dotarła do niej pozostała część wypowiedzi Williama, na którą nagle poczuła potrzebę odpowiedzieć, toteż akcja pocałunek została nadpisana dialogiem.
- A wiesz, co jest moim wrogiem? Ta przeklęta sukienka - zapytała i od ręki sama sobie odpowiedziała, również brzmiąc śmiertelnie poważnie. - Mam dla ciebie zadanie bojowe - dodała, wyswabadzając się (średnio zgrabnie, prawdopodobnie zasadziła mu łokciem w jakiś kluczowy organ) z uścisku męża. Obróciła się do niego plecami gwałtownie, przez co zatoczyła się lekko, ale elegancko wróciła do pionu - to chyba znak, że nieco trzeźwiała.
- Rozepnij mi guzik na plecach - zażądała tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Musimy się jej pozbyć - dodała sekundę później, wciąż śmiertelnie poważna. - Sukienki w sensie, a nie twojej kochanki. Na tę drugą jeszcze przyjdzie kolej - obiecała dosyć łagodnym tonem, kontrastującym z grobową powagą sprzed chwili. Sama też nie wiedziała, czemu nagle wspomniała o Florence, którą obecnie miała za latawicę z powodu jej tańca z Williamem. Było to zupełnie wyrwane z kontekstu, ale Eden w tym momencie absolutnie nie miała pojęcia, co się właściwie dzieje. I chyba wcale nie chciała wiedzieć.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~