09.11.2024, 17:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.11.2024, 14:11 przez Lorraine Malfoy.)
Krzyknęła cicho, gdy Baldwin otworzył drzwi i oboje runęli na ziemię.
Wczepiona w jego rękę, nie zdążyła nawet zaprotestować, gdy bezceremonialnie ją z siebie zrzucił. Popełniła błąd, wiedziała o tym – nie powinna podchodzić do niego bez różdżki. Gdyby tylko miała różdżkę... Wierzgała dziko pod Baldwinem, kopiąc na oślep z dosyć mizernym skutkiem: próbowała wyswobodzić się z jego uścisku, dopóki nagły ból nie przeszył jej barku. Wstrzymała oddech. Ból rozlewał się wzdłuż ramienia, promieniując do obojczyka i pleców. Lorraine poczuła słony smak łez na języku zanim zdała sobie sprawę, że płacze. Nic dziwnego, że matka odrzuciła go tak, jak wąż odrzuca swą skórę – wpatrywała się w brata stryjecznego z nieskrywanym obrzydzeniem – jadowity pomiot żmij, pomyślała z wyrzutem, nawet one nie były w stanie znieść trucizny, która sączyła się z jego ust. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że poczuła też ulgę: nie widziała na skórze Baldwina choćby śladu mrocznego znaku – serce łamało jej się na samą myśl – a chciwie wpiła spojrzenie w odsłonięte przedramię chłopaka, kiedy ten odrzucił białe prześcieradło. Może dlatego nie poczuła wyrzutów sumienia na widok krwawych zadrapań, które zostawiła na jego ręce. Ręka, która drwi, powtórzyła w myślach, serce które karmi. Przestroga. Groźba. Obietnica.
Naznaczyła go, może dlatego Baldwin kazał jej powściągnąć język – och, jakże pięknie brzmiały jej własne słowa w jego ustach! – kazał jej, ha, on jej kazał! Skoro domagał się posłuszeństwa, zamierzała być mu posłuszną. Zacisnęła zęby, obiecując sobie, że nie usłyszy z jej strony choćby jednego jęku bólu. Ciało miała słabe, ale duch w niej był silny. Nie potrafiła powstrzymać jednak łez, które płynęły po policzkach. Co za różnica, pomyślała, widział nieraz jej łzy. Mógł mieć wystarczająco siły, żeby łamać kości, ale to Lorraine łamała umysły swoim sprytem. Mogłaby złamać i jego umysł. "Mógłbym wepchnąć cię w odmęty koszmarów i wspomnień", odpowiedział gniewnie Baldwin – hipnotyzer pojedynkujący się z legilimentką na poligonie umysłu – "patrzeć jak pochłania cię szaleństwo." Szarpnęła się. Bezskutecznie. Odchyliła lekko szyję, odmalowując przed nim obraz, który malował od lat, wciąż na nowo. Przecież patrzysz. Nie było ucieczki przed jego oczami. Nie pozwolił jej odwrócić wzroku. Nie pozwolił jej uciec – ani wtedy, ani teraz.
Zbyt dobrze ją znał.
Zbyt wiele razy widział, jak zaczyna się dystansować, jak planuje ucieczkę, nie ruszając się z miejsca: robiła tak od najmłodszych lat dziecinnych, gdy macocha zaglądała do wnętrza jej umysłu – robiła tak też będąc dorosłą kobietą. Chowała się wtedy w swoim wnętrzu, wyobrażając sobie, że jest gdzieś daleko – gdzieś na dnie otchłani ścieżek – że krąży, błędna, pośród plątaniny podziemnych korytarzy, pogrążając się coraz głębiej, i głębiej, i głębiej. Chowała się tak głęboko, że nikt nie był w stanie jej dosięgnąć – jak przestraszona Rosalinda w kieszeni Baldwina – tak, że nikt nie był w stanie jej skrzywdzić, nikt nie był w stanie jej złamać, nie po tym, co przeszła. Im bliższa była histerii, tym stawała się spokojniejsza, bardziej milcząca – w końcu była po prostu obojętna. Wystarczyło, że odpłynęła myślami, że skupiła się na prostych, powtarzalnych czynnościach, że pozwoliła spojrzeniu błądzić. Ale on nie pozwolił jej odwrócić wzroku. Nie pozwolił jej się przed sobą chować, nigdy na to nie pozwalał, nawet na Muzie schwycił jej dłoń, powstrzymując przed wejściem do namiotu artystów. Nawet to chciał jej zabrać, pomyślała z rozpaczą, wyssać z niej całą krew, pożreć jej duszę, zmielić kości na proch, który przerobiłby potem na farbę, żeby namalować... ją? Calanthe? Visenyę? Zadrżała.
"Nie potrzebuję aprobaty typa znikąd. Nie potrzebuję ssać mu chuja, żeby zrobić z Tobą co mi się podoba."
– Mówisz o Voldemorcie – wyszeptała w odpowiedzi – czy o Ojcu? – Nie jego ojcu. Jej ojcu. Ich ojcu, nie zamierzała jednak dać mu satysfakcji z przyznania tego na głos: Lorraine zaśmiała się krótko – choć jej śmiech bardziej przypominał szloch – wiedziała, że to niedopowiedzenie zaboli Baldwina bardziej niż najpotworniejsza obelga, że rozjuszy go i przerazi bardziej niż najstraszliwsza groźba. Wiedziała, jak uderzyć tak, aby bolało, wiedziała też, że zaraz przyjdzie jej żałować tych słów – że Baldwin sprawi, aby ich żałowała. Wiedziała, że jej odda, zdziwiła się więc, kiedy ją puścił, jak gdyby wypowiedziała formułę zaklęcia obronnego.
Ojciec. Miano, które wypowiadali z wielkiej litery, czasem z rewerencją, czasem z pogardą, ale zawsze z bojaźnią. Tak jak bogini Matka była pomostem między życiem i śmiercią – była matką, która otacza swą troską całe stworzenie zrodzone z łona, gdzie mieszkały początek i koniec – tak Ojciec – istota wszechmocna i wszechwiedząca – był jednocześnie porządkiem i chaosem. Jedno jego słowo rzucone w niebyt – wypowiedziane tym głosem, z domagającą się posłuchu ojcowską stanowczością – zdawało się wyznaczać granice rzeczywistości i nadawać sens istnieniu: jak gdyby to, co żyje, mogło żyć tylko dlatego, że ktoś nadał temu imię. Orfeusz jako Armand Malfoy był tylko człowiekiem, ale jako Ojciec w ich oczach zawsze jawił się jako figura bliższa bogu. Mogłaby pomylić rozmytą przez łzy twarz Baldwina z jego twarzą. Myśl ta przeraziła ją tak bardzo, że na chwilę zapomniała, jak się oddycha, nieruchomiejąc pod niepokojąco czułym dotykiem. Nie, Baldwin nie był taki jak ojciec, nie mógł być taki jak on, nie, proszę, nie, modliła się spanikowana, Baldwin był...
Baldwin był...
Był jej Hamletem, gdy kazał wspominać w modłach o wszystkich swoich grzechach. Był jej Makbetem, kiedy głucho wyznawał, że serce ma pełne skorpionów. Był jej Otellem, szalejącym z zazdrości na scenie. Wszystkie te role wydawały się go jednak nudzić, bo najbardziej chciał grać jej ojca. Tata nigdy mnie nie uderzył, chciała dodać, gdy już ją puścił – zakpić, że nie przygotował się do roli: rzucić, z groźbą lśniącą na dnie oczu, co by pomyślał, gdyby usłyszał, że podniosłeś na mnie rękę? – ale wtedy Baldwin znienacka nacisnął wcześniej złamane ramienię, naruszając stabilizację już i skruszałego barku. Przygryzła policzek, żeby nie krzyczeć. Powinna się szarpnąć. Powinna zrzucić go z siebie. Powinna walczyć. Ale Lorraine nie miała na to siły. Lorraine po prostu chciała, żeby to wszystko się wreszcie skończyło.
Ale Baldwin cierpliwie rozgrzeszał ją z każdej z obelg, jaką rzuciła w jego stronę.
Modliła się, aby nie połamał jej palców. Tylko nie palce, pomyślała rozpaczliwie, nie mogłaby grać na pianinie. Zawsze mówiłeś, że lubisz, jak gram. Jeżeli kłamał, to kłamstwo wydało się nagle większą zdradą niż złamany bark. Lorraine widziała wnętrze wystarczająco wielu skrzywionych przemocą umysłów, aby rozumieć, że pewne rany sięgają głębiej, niż broń, którą zostały zadane. Cóż z tego, że najdrobniejsze stawy goiły się szybko i bez komplikacji? Że wystarczyłaby odrobina eliksiru leczniczego i kilka czarów repozycyjnych, aby przywrócić palcom pełną sprawność manualną? Wiedziała, że fantomowe wspomnienie bólu prześladowałoby ją za każdym razem, gdy siadałaby do pianina – za każdym razem, gdy intonowałaby Mon cœur s'ouvre à ta voix – za każdym razem, gdy mówiłaby na Baldwina "Samson", a on o niej – "Delilah". Zagram Saint-Saënesa tylko dla ciebie. Tylko nie rób mi więcej krzywdy.
Niewypowiedzianych modlitw nie usłyszał jednak żaden bóg. Sama Lorraine mogła słyszeć tylko echo swoich własnych słów, rozbijających się o wnętrze jej czaszki wściekłą litanią przekleństw – to, i chrupanie złamanego barku.
Wyznał, że dla niej by zabił. Nie potrzebuję twoich kłamstw, pomyślała nieprzytomnie, targana bólem i wściekłością, nie potrzebuję twojej litości. Nienawidziła się w tej chwili. Nienawidziła swojej słabości. Nienawidziła się za to, że nie jest kimś innym, kimś silniejszym, jak Otto, jak ojciec, jak Baldwin. Jego też nienawidziła, za to, że pokazał jej, jak łatwo odrzeć ją z czci, jak łatwo ją zniszczyć – jak łatwo złamać. "Szkoda mi czasu na miernych mężczyzn", mówiła Eden, nie rozumiejąc, że Lorraine wolałaby być jednym z tych miernych mężczyzn, niż sobą – mierniejszą od najmniejszego z nich – od tego, który sam ledwo powstrzymywał się, by się przy niej nie rozpaść, wymęczony, upadły anioł z obłędem w oczach. Płakała bezwiednie, ale i bezgłośnie, gdy wyznał, że by za nią umarł. Więc zdechnij, chciała odpowiedzieć – splunąć mu tymi słowami w twarz, zdechnij i zostaw mnie samą, wszyscy mnie zostawiają, dlaczego z tobą miałoby być inaczej? – nieważne, jak bardzo każda cząstka jej istnienia wydawała się buntować przeciwko wizji martwego Baldwina. "Umarłbym dla Ciebie. Zabiłbym dla Ciebie." Nienawidziła, że mimo tego, jak ją teraz poniżył, ona także była dla niego gotowa zrobić to wszystko – i jeszcze więcej. Nawet gdyby był jebanym śmierciożercą. Nawet gdyby był czymś o niebo gorszym. "Przecież wiesz o tym." Wiedziała? Wszystkie modlitwy zamarły na ustach Lorraine, w obliczu jednego słowa, które boleśnie kołatało w jej głowie, tak gwałtownie jak serce w piersi, nie mogąc jednak wyrwać się na wolność: przysięgnij.
Przysięgnij mi.
Ale nie była w pozycji, w której mogłaby mu kazać cokolwiek przysięgać.
– Zapomniałam – wycedziła powoli, tłumiąc wstrząsające nią spazmy. – Krzywdzisz mnie, bo to jedyny sposób, w jaki potrafisz okazać oddanie. – Spójrz, co zrobiłeś, mówiła jej wykrzywiona bólem twarz, spójrz – napatrz się, żebyś mógł to później namalować. – Krzywdzisz mnie cały czas. Tak wygląda ta twoja miłość, Samsonie? – Nawet jej pytanie, wypowiedziane piskliwym głosem, brzmiało jak rozkaz, kiedy wbijała w niego spojrzenie swych jasnych oczu, z których ciekły łzy. Ciało buntowało się przeciwko niej, ale to było wciąż jej ciało. Niszczyła je na własnych warunkach. Zapomniał, że była tak samo zdolna do autodestrukcji, jak i on? Jeżeli bólem zamierzał zmusić ją do uległości, musiał się postarać bardziej.
Nie powinna więcej go prowokować, ale zdrowy rozsądek dawno już opuścił Lorraine. Poddźwignęła się, unosząc ciało wyżej, tak, że jej twarz była teraz tuż przy twarzy Baldwina. Wyciągnęła ku niemu zdrową dłoń – tę samą, która jeszcze chwilę temu wpijała się paznokciami w jego ramię, niech i ją złamie – aby móc dotknąć jego policzka, gestem drżącym i niepewnym – choć nie dlatego, że kierował nią strach.
Lorraine cały swój ciężar oparła po prostu na ręce z uszkodzonym barkiem.
– Moja miłość – odetchnęła – ma kształt trumny. – Zmusiła twarz do posłuszeństwa, siląc się na uśmiech przez łzy – szaleńczy, ale może właśnie dlatego szczery – z wielkim trudem wyrzucając z siebie kolejne nienawistne słowa. Miłość zawsze musiała być u nich zmieszana z okrucieństwem: choć dotyk drżącej dłoni Lorraine był czuły, była w nim też pewna rozpaczliwość – w tym jak musiała przytrzymać się zaraz jego szyi, oprzeć o bark, uchwycić materiału całunu, aby nie upaść – każąca podejrzewać, czy rzeczywiście kierowała nią czułość, czy raczej chęć zaciśnięcia palców na grdyce Baldwina. – Nie jesteś potworem, Baldwinie – wyszeptała w końcu, wbijając wzrok w twarz młodzieńca, choć jej oczy, zaszłe łzami i mgłą bólu, dawno już przestały widzieć cokolwiek poza blaskiem poranka wpadającym do zakładu przez okno – widziała tylko świetlisty nimb wokół głowy Baldwina podobny do tych, które znała z obrazów z przedstawieniami świętych – jesteś tylko kolejnym, przeklętym gwoździem u jej wieka.
Wyczerpana, osunęła się z powrotem na ziemię, kuląc się mimowolnie, po tym jak z impetem uderzyła w posadzkę. Nie podobał jej się ten dźwięk, skrzywiła się, jak ciało zwalające się na stół prosektoryjny, jak trumna złożona do grobu, jak zepsuty klawisz fortepianu, stłumiła jęk, będący zwieńczeniem jej przepełnionego bólem dies irae. Lorraine dyszała przez chwilę ciężko, nie będąc w stanie złapać oddechu ani się poruszyć. Ręka bolała ją tak bardzo, że nie mogła skupić myśli. Nie wiedziała, jak długo leżeli tak na zimnej posadzce Necronomiconu: może kilka sekund, może całą wieczność. Gotowa była oszaleć z bólu, jeżeli oznaczało to, że jest w stanie podporządkować go swej woli. Mając więc do wyboru osłonienie złamanej ręki przed następnym ciosem Baldwina, a zasłonięcie zapłakanej twarzy – zasłoniła twarz. Mogła znieść ból, ale nie wstyd.
– Proszę, pomóż mi się podnieść. – Twarz próbowała skryć w zgięciu zdrowego ramienia, słychać było więc tylko stłumiony szept. Przecież jesteśmy rodziną, pomyślała Lorraine, nie mogąc jednak wydobyć z siebie głosu, który został złamany błaganiem, rodzinie się nie odmawia.
Wczepiona w jego rękę, nie zdążyła nawet zaprotestować, gdy bezceremonialnie ją z siebie zrzucił. Popełniła błąd, wiedziała o tym – nie powinna podchodzić do niego bez różdżki. Gdyby tylko miała różdżkę... Wierzgała dziko pod Baldwinem, kopiąc na oślep z dosyć mizernym skutkiem: próbowała wyswobodzić się z jego uścisku, dopóki nagły ból nie przeszył jej barku. Wstrzymała oddech. Ból rozlewał się wzdłuż ramienia, promieniując do obojczyka i pleców. Lorraine poczuła słony smak łez na języku zanim zdała sobie sprawę, że płacze. Nic dziwnego, że matka odrzuciła go tak, jak wąż odrzuca swą skórę – wpatrywała się w brata stryjecznego z nieskrywanym obrzydzeniem – jadowity pomiot żmij, pomyślała z wyrzutem, nawet one nie były w stanie znieść trucizny, która sączyła się z jego ust. Nie mogła jednak zaprzeczyć, że poczuła też ulgę: nie widziała na skórze Baldwina choćby śladu mrocznego znaku – serce łamało jej się na samą myśl – a chciwie wpiła spojrzenie w odsłonięte przedramię chłopaka, kiedy ten odrzucił białe prześcieradło. Może dlatego nie poczuła wyrzutów sumienia na widok krwawych zadrapań, które zostawiła na jego ręce. Ręka, która drwi, powtórzyła w myślach, serce które karmi. Przestroga. Groźba. Obietnica.
Naznaczyła go, może dlatego Baldwin kazał jej powściągnąć język – och, jakże pięknie brzmiały jej własne słowa w jego ustach! – kazał jej, ha, on jej kazał! Skoro domagał się posłuszeństwa, zamierzała być mu posłuszną. Zacisnęła zęby, obiecując sobie, że nie usłyszy z jej strony choćby jednego jęku bólu. Ciało miała słabe, ale duch w niej był silny. Nie potrafiła powstrzymać jednak łez, które płynęły po policzkach. Co za różnica, pomyślała, widział nieraz jej łzy. Mógł mieć wystarczająco siły, żeby łamać kości, ale to Lorraine łamała umysły swoim sprytem. Mogłaby złamać i jego umysł. "Mógłbym wepchnąć cię w odmęty koszmarów i wspomnień", odpowiedział gniewnie Baldwin – hipnotyzer pojedynkujący się z legilimentką na poligonie umysłu – "patrzeć jak pochłania cię szaleństwo." Szarpnęła się. Bezskutecznie. Odchyliła lekko szyję, odmalowując przed nim obraz, który malował od lat, wciąż na nowo. Przecież patrzysz. Nie było ucieczki przed jego oczami. Nie pozwolił jej odwrócić wzroku. Nie pozwolił jej uciec – ani wtedy, ani teraz.
Zbyt dobrze ją znał.
Zbyt wiele razy widział, jak zaczyna się dystansować, jak planuje ucieczkę, nie ruszając się z miejsca: robiła tak od najmłodszych lat dziecinnych, gdy macocha zaglądała do wnętrza jej umysłu – robiła tak też będąc dorosłą kobietą. Chowała się wtedy w swoim wnętrzu, wyobrażając sobie, że jest gdzieś daleko – gdzieś na dnie otchłani ścieżek – że krąży, błędna, pośród plątaniny podziemnych korytarzy, pogrążając się coraz głębiej, i głębiej, i głębiej. Chowała się tak głęboko, że nikt nie był w stanie jej dosięgnąć – jak przestraszona Rosalinda w kieszeni Baldwina – tak, że nikt nie był w stanie jej skrzywdzić, nikt nie był w stanie jej złamać, nie po tym, co przeszła. Im bliższa była histerii, tym stawała się spokojniejsza, bardziej milcząca – w końcu była po prostu obojętna. Wystarczyło, że odpłynęła myślami, że skupiła się na prostych, powtarzalnych czynnościach, że pozwoliła spojrzeniu błądzić. Ale on nie pozwolił jej odwrócić wzroku. Nie pozwolił jej się przed sobą chować, nigdy na to nie pozwalał, nawet na Muzie schwycił jej dłoń, powstrzymując przed wejściem do namiotu artystów. Nawet to chciał jej zabrać, pomyślała z rozpaczą, wyssać z niej całą krew, pożreć jej duszę, zmielić kości na proch, który przerobiłby potem na farbę, żeby namalować... ją? Calanthe? Visenyę? Zadrżała.
"Nie potrzebuję aprobaty typa znikąd. Nie potrzebuję ssać mu chuja, żeby zrobić z Tobą co mi się podoba."
– Mówisz o Voldemorcie – wyszeptała w odpowiedzi – czy o Ojcu? – Nie jego ojcu. Jej ojcu. Ich ojcu, nie zamierzała jednak dać mu satysfakcji z przyznania tego na głos: Lorraine zaśmiała się krótko – choć jej śmiech bardziej przypominał szloch – wiedziała, że to niedopowiedzenie zaboli Baldwina bardziej niż najpotworniejsza obelga, że rozjuszy go i przerazi bardziej niż najstraszliwsza groźba. Wiedziała, jak uderzyć tak, aby bolało, wiedziała też, że zaraz przyjdzie jej żałować tych słów – że Baldwin sprawi, aby ich żałowała. Wiedziała, że jej odda, zdziwiła się więc, kiedy ją puścił, jak gdyby wypowiedziała formułę zaklęcia obronnego.
Ojciec. Miano, które wypowiadali z wielkiej litery, czasem z rewerencją, czasem z pogardą, ale zawsze z bojaźnią. Tak jak bogini Matka była pomostem między życiem i śmiercią – była matką, która otacza swą troską całe stworzenie zrodzone z łona, gdzie mieszkały początek i koniec – tak Ojciec – istota wszechmocna i wszechwiedząca – był jednocześnie porządkiem i chaosem. Jedno jego słowo rzucone w niebyt – wypowiedziane tym głosem, z domagającą się posłuchu ojcowską stanowczością – zdawało się wyznaczać granice rzeczywistości i nadawać sens istnieniu: jak gdyby to, co żyje, mogło żyć tylko dlatego, że ktoś nadał temu imię. Orfeusz jako Armand Malfoy był tylko człowiekiem, ale jako Ojciec w ich oczach zawsze jawił się jako figura bliższa bogu. Mogłaby pomylić rozmytą przez łzy twarz Baldwina z jego twarzą. Myśl ta przeraziła ją tak bardzo, że na chwilę zapomniała, jak się oddycha, nieruchomiejąc pod niepokojąco czułym dotykiem. Nie, Baldwin nie był taki jak ojciec, nie mógł być taki jak on, nie, proszę, nie, modliła się spanikowana, Baldwin był...
Baldwin był...
Był jej Hamletem, gdy kazał wspominać w modłach o wszystkich swoich grzechach. Był jej Makbetem, kiedy głucho wyznawał, że serce ma pełne skorpionów. Był jej Otellem, szalejącym z zazdrości na scenie. Wszystkie te role wydawały się go jednak nudzić, bo najbardziej chciał grać jej ojca. Tata nigdy mnie nie uderzył, chciała dodać, gdy już ją puścił – zakpić, że nie przygotował się do roli: rzucić, z groźbą lśniącą na dnie oczu, co by pomyślał, gdyby usłyszał, że podniosłeś na mnie rękę? – ale wtedy Baldwin znienacka nacisnął wcześniej złamane ramienię, naruszając stabilizację już i skruszałego barku. Przygryzła policzek, żeby nie krzyczeć. Powinna się szarpnąć. Powinna zrzucić go z siebie. Powinna walczyć. Ale Lorraine nie miała na to siły. Lorraine po prostu chciała, żeby to wszystko się wreszcie skończyło.
Ale Baldwin cierpliwie rozgrzeszał ją z każdej z obelg, jaką rzuciła w jego stronę.
Modliła się, aby nie połamał jej palców. Tylko nie palce, pomyślała rozpaczliwie, nie mogłaby grać na pianinie. Zawsze mówiłeś, że lubisz, jak gram. Jeżeli kłamał, to kłamstwo wydało się nagle większą zdradą niż złamany bark. Lorraine widziała wnętrze wystarczająco wielu skrzywionych przemocą umysłów, aby rozumieć, że pewne rany sięgają głębiej, niż broń, którą zostały zadane. Cóż z tego, że najdrobniejsze stawy goiły się szybko i bez komplikacji? Że wystarczyłaby odrobina eliksiru leczniczego i kilka czarów repozycyjnych, aby przywrócić palcom pełną sprawność manualną? Wiedziała, że fantomowe wspomnienie bólu prześladowałoby ją za każdym razem, gdy siadałaby do pianina – za każdym razem, gdy intonowałaby Mon cœur s'ouvre à ta voix – za każdym razem, gdy mówiłaby na Baldwina "Samson", a on o niej – "Delilah". Zagram Saint-Saënesa tylko dla ciebie. Tylko nie rób mi więcej krzywdy.
Niewypowiedzianych modlitw nie usłyszał jednak żaden bóg. Sama Lorraine mogła słyszeć tylko echo swoich własnych słów, rozbijających się o wnętrze jej czaszki wściekłą litanią przekleństw – to, i chrupanie złamanego barku.
Wyznał, że dla niej by zabił. Nie potrzebuję twoich kłamstw, pomyślała nieprzytomnie, targana bólem i wściekłością, nie potrzebuję twojej litości. Nienawidziła się w tej chwili. Nienawidziła swojej słabości. Nienawidziła się za to, że nie jest kimś innym, kimś silniejszym, jak Otto, jak ojciec, jak Baldwin. Jego też nienawidziła, za to, że pokazał jej, jak łatwo odrzeć ją z czci, jak łatwo ją zniszczyć – jak łatwo złamać. "Szkoda mi czasu na miernych mężczyzn", mówiła Eden, nie rozumiejąc, że Lorraine wolałaby być jednym z tych miernych mężczyzn, niż sobą – mierniejszą od najmniejszego z nich – od tego, który sam ledwo powstrzymywał się, by się przy niej nie rozpaść, wymęczony, upadły anioł z obłędem w oczach. Płakała bezwiednie, ale i bezgłośnie, gdy wyznał, że by za nią umarł. Więc zdechnij, chciała odpowiedzieć – splunąć mu tymi słowami w twarz, zdechnij i zostaw mnie samą, wszyscy mnie zostawiają, dlaczego z tobą miałoby być inaczej? – nieważne, jak bardzo każda cząstka jej istnienia wydawała się buntować przeciwko wizji martwego Baldwina. "Umarłbym dla Ciebie. Zabiłbym dla Ciebie." Nienawidziła, że mimo tego, jak ją teraz poniżył, ona także była dla niego gotowa zrobić to wszystko – i jeszcze więcej. Nawet gdyby był jebanym śmierciożercą. Nawet gdyby był czymś o niebo gorszym. "Przecież wiesz o tym." Wiedziała? Wszystkie modlitwy zamarły na ustach Lorraine, w obliczu jednego słowa, które boleśnie kołatało w jej głowie, tak gwałtownie jak serce w piersi, nie mogąc jednak wyrwać się na wolność: przysięgnij.
Przysięgnij mi.
Ale nie była w pozycji, w której mogłaby mu kazać cokolwiek przysięgać.
– Zapomniałam – wycedziła powoli, tłumiąc wstrząsające nią spazmy. – Krzywdzisz mnie, bo to jedyny sposób, w jaki potrafisz okazać oddanie. – Spójrz, co zrobiłeś, mówiła jej wykrzywiona bólem twarz, spójrz – napatrz się, żebyś mógł to później namalować. – Krzywdzisz mnie cały czas. Tak wygląda ta twoja miłość, Samsonie? – Nawet jej pytanie, wypowiedziane piskliwym głosem, brzmiało jak rozkaz, kiedy wbijała w niego spojrzenie swych jasnych oczu, z których ciekły łzy. Ciało buntowało się przeciwko niej, ale to było wciąż jej ciało. Niszczyła je na własnych warunkach. Zapomniał, że była tak samo zdolna do autodestrukcji, jak i on? Jeżeli bólem zamierzał zmusić ją do uległości, musiał się postarać bardziej.
Nie powinna więcej go prowokować, ale zdrowy rozsądek dawno już opuścił Lorraine. Poddźwignęła się, unosząc ciało wyżej, tak, że jej twarz była teraz tuż przy twarzy Baldwina. Wyciągnęła ku niemu zdrową dłoń – tę samą, która jeszcze chwilę temu wpijała się paznokciami w jego ramię, niech i ją złamie – aby móc dotknąć jego policzka, gestem drżącym i niepewnym – choć nie dlatego, że kierował nią strach.
Lorraine cały swój ciężar oparła po prostu na ręce z uszkodzonym barkiem.
– Moja miłość – odetchnęła – ma kształt trumny. – Zmusiła twarz do posłuszeństwa, siląc się na uśmiech przez łzy – szaleńczy, ale może właśnie dlatego szczery – z wielkim trudem wyrzucając z siebie kolejne nienawistne słowa. Miłość zawsze musiała być u nich zmieszana z okrucieństwem: choć dotyk drżącej dłoni Lorraine był czuły, była w nim też pewna rozpaczliwość – w tym jak musiała przytrzymać się zaraz jego szyi, oprzeć o bark, uchwycić materiału całunu, aby nie upaść – każąca podejrzewać, czy rzeczywiście kierowała nią czułość, czy raczej chęć zaciśnięcia palców na grdyce Baldwina. – Nie jesteś potworem, Baldwinie – wyszeptała w końcu, wbijając wzrok w twarz młodzieńca, choć jej oczy, zaszłe łzami i mgłą bólu, dawno już przestały widzieć cokolwiek poza blaskiem poranka wpadającym do zakładu przez okno – widziała tylko świetlisty nimb wokół głowy Baldwina podobny do tych, które znała z obrazów z przedstawieniami świętych – jesteś tylko kolejnym, przeklętym gwoździem u jej wieka.
Wyczerpana, osunęła się z powrotem na ziemię, kuląc się mimowolnie, po tym jak z impetem uderzyła w posadzkę. Nie podobał jej się ten dźwięk, skrzywiła się, jak ciało zwalające się na stół prosektoryjny, jak trumna złożona do grobu, jak zepsuty klawisz fortepianu, stłumiła jęk, będący zwieńczeniem jej przepełnionego bólem dies irae. Lorraine dyszała przez chwilę ciężko, nie będąc w stanie złapać oddechu ani się poruszyć. Ręka bolała ją tak bardzo, że nie mogła skupić myśli. Nie wiedziała, jak długo leżeli tak na zimnej posadzce Necronomiconu: może kilka sekund, może całą wieczność. Gotowa była oszaleć z bólu, jeżeli oznaczało to, że jest w stanie podporządkować go swej woli. Mając więc do wyboru osłonienie złamanej ręki przed następnym ciosem Baldwina, a zasłonięcie zapłakanej twarzy – zasłoniła twarz. Mogła znieść ból, ale nie wstyd.
– Proszę, pomóż mi się podnieść. – Twarz próbowała skryć w zgięciu zdrowego ramienia, słychać było więc tylko stłumiony szept. Przecież jesteśmy rodziną, pomyślała Lorraine, nie mogąc jednak wydobyć z siebie głosu, który został złamany błaganiem, rodzinie się nie odmawia.