10.11.2024, 17:07 ✶
- Nie mam wiele wspólnego z Frodem i trochę za dużo ważę, żeby nosić mnie na plecach.
Powiernik Pierścienia był z drużyny najcichszym, najbardziej niepozornym: i niosącymi największy ciężar. Może najsilniejszym, bo mocy Pierścienia dal się zwieść nawet Boromir, chociaż nie miał go na szyi choćby przez chwilę. A nie bez powodu żaden elf ani krasnolud nie sięgnął po przeklęta błyskotkę. Był też tym, którego najmniej czekało zaszczytów i którego duszę podróż najmocniej złamała.
Brenna nigdy nie czuła pokrewieństwa z tą postacią. Nie miała w sobie melancholii, nie niosła ciężaru świata na swoich barkach, nie była cicha ani skromna. Nie wiedziała, czy oparłaby się Pierścieniowi - bo nie sądziła, aby Anglia potrzebowała złoczyńców, ale nie potrzebowała też bohatera bez skazy. Byli ruchem oporu, a ruch oporu musiał ubrudzić sobie ręce, musiał kłamać, kręcić i szukać noży w rękach innych ludzi.
A prędzej czy później będą musieli komuś taki nóż w plecy wbić.
I Brenna nie była pewna czy jest na to gotowa... Ale jednocześnie wiedziała, że zrobi, co trzeba. Bo gotowość albo jej brak nie miały tutaj znaczenia.
Nie czuła też pustki: nie dopuszczała tej do siebie, nawet jeśli od dawna uważała, że pisane jej jest umrzeć młodo, że nie zobaczy upadku Voldemorta. Wyrwanie z niej lojalności i wiary wobec Zakonu miało wyrwę pozostawić, ale to wciąż nie było tu uczucie, które prześladowało Thomasa. Była tak naprawdę pogodna z natury: łatwo cieszyły ją drobiazgi, cudze towarzystwo, drobne przedmioty, kawałek czekolady czy ładne miejsce. A z tym co się działo po prostu dawała radę, bo nie widziała innej opcji. Jak mogłaby wymagać działania od innych, gdyby sama nie dawała rady?
Zresztą wcale nie lubiła rozmyślać o tym, co jest nie tak.
- Muszą przecież utrzymać klientów, za wiele by nie zarobili na samych uczniach. Są edycję limitowane, a poza tym co jakiś czas dodają parę osób, które czymś się wsławiły - oznajmiła tonem znawcy, bo oczywiście gdy szło o karty była specjalistką. - Dobra, pierwszy rozkaz. Opowiedz coś zabawnego - oświadczyła, gdy Thomas znalazł się już na górze, a ona wylądowała na dole po jednej ze swoich ulubionych akrobacji.
*
- Czyyyli to były alergie, nie klątwa - podsumowała Brenna, która położyła się na mchu i obserwowała gałęzie dębu, szumiące wysoko nad ich głowami. Przez część czasu po prostu leżala, słuchajac czy sama plotąc bzdury, choć w pewnym momencie wyciągnęła też różdżkę: setki kolorowych lampionów wyczarowanych jej zaklęciami obwiesiły drzewo, a potem Brenna cofała efekt czaru, próbując rozpraszać po kilka na raz, w ramach ćwiczeń sztuczek, które pokazał jej Thomas.
Być może miała odrobinę wyrzutów sumienia, że była tutaj, nie w Biurze, pomagając posprzątać bałagan po czarowniku, ale.. tutaj też była potrzebna, a tam dokończyć formalności mogła potem.
Zerknęła jednak na zegarek i podniosła się wreszcie. Wyciągnęła z włosów źdźbło trawy. Wprawdzie do zachodu słońca zostało jeszcze mnóstwo czasu, bo w lipcu dzień był długi - między innymi dlatego Brenna tak lubiła lato - ale to przemieściło się na niebie o spory kawałek od chwili, w której pojawili się ma polanie.
- To co? Teraz do klubokawiarni?
Powiernik Pierścienia był z drużyny najcichszym, najbardziej niepozornym: i niosącymi największy ciężar. Może najsilniejszym, bo mocy Pierścienia dal się zwieść nawet Boromir, chociaż nie miał go na szyi choćby przez chwilę. A nie bez powodu żaden elf ani krasnolud nie sięgnął po przeklęta błyskotkę. Był też tym, którego najmniej czekało zaszczytów i którego duszę podróż najmocniej złamała.
Brenna nigdy nie czuła pokrewieństwa z tą postacią. Nie miała w sobie melancholii, nie niosła ciężaru świata na swoich barkach, nie była cicha ani skromna. Nie wiedziała, czy oparłaby się Pierścieniowi - bo nie sądziła, aby Anglia potrzebowała złoczyńców, ale nie potrzebowała też bohatera bez skazy. Byli ruchem oporu, a ruch oporu musiał ubrudzić sobie ręce, musiał kłamać, kręcić i szukać noży w rękach innych ludzi.
A prędzej czy później będą musieli komuś taki nóż w plecy wbić.
I Brenna nie była pewna czy jest na to gotowa... Ale jednocześnie wiedziała, że zrobi, co trzeba. Bo gotowość albo jej brak nie miały tutaj znaczenia.
Nie czuła też pustki: nie dopuszczała tej do siebie, nawet jeśli od dawna uważała, że pisane jej jest umrzeć młodo, że nie zobaczy upadku Voldemorta. Wyrwanie z niej lojalności i wiary wobec Zakonu miało wyrwę pozostawić, ale to wciąż nie było tu uczucie, które prześladowało Thomasa. Była tak naprawdę pogodna z natury: łatwo cieszyły ją drobiazgi, cudze towarzystwo, drobne przedmioty, kawałek czekolady czy ładne miejsce. A z tym co się działo po prostu dawała radę, bo nie widziała innej opcji. Jak mogłaby wymagać działania od innych, gdyby sama nie dawała rady?
Zresztą wcale nie lubiła rozmyślać o tym, co jest nie tak.
- Muszą przecież utrzymać klientów, za wiele by nie zarobili na samych uczniach. Są edycję limitowane, a poza tym co jakiś czas dodają parę osób, które czymś się wsławiły - oznajmiła tonem znawcy, bo oczywiście gdy szło o karty była specjalistką. - Dobra, pierwszy rozkaz. Opowiedz coś zabawnego - oświadczyła, gdy Thomas znalazł się już na górze, a ona wylądowała na dole po jednej ze swoich ulubionych akrobacji.
*
- Czyyyli to były alergie, nie klątwa - podsumowała Brenna, która położyła się na mchu i obserwowała gałęzie dębu, szumiące wysoko nad ich głowami. Przez część czasu po prostu leżala, słuchajac czy sama plotąc bzdury, choć w pewnym momencie wyciągnęła też różdżkę: setki kolorowych lampionów wyczarowanych jej zaklęciami obwiesiły drzewo, a potem Brenna cofała efekt czaru, próbując rozpraszać po kilka na raz, w ramach ćwiczeń sztuczek, które pokazał jej Thomas.
Być może miała odrobinę wyrzutów sumienia, że była tutaj, nie w Biurze, pomagając posprzątać bałagan po czarowniku, ale.. tutaj też była potrzebna, a tam dokończyć formalności mogła potem.
Zerknęła jednak na zegarek i podniosła się wreszcie. Wyciągnęła z włosów źdźbło trawy. Wprawdzie do zachodu słońca zostało jeszcze mnóstwo czasu, bo w lipcu dzień był długi - między innymi dlatego Brenna tak lubiła lato - ale to przemieściło się na niebie o spory kawałek od chwili, w której pojawili się ma polanie.
- To co? Teraz do klubokawiarni?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.