Vincent nie miał wyboru, musiał improwizować mając nadzieję, że jego bratanek nie był debilem i jakoś sobie poradzi z wymyśleniem, co zrobić dalej z dziką miotłą. W końcu zaszarżował w kierunku wysokich drzew, miotła owróciła go do góry nogami, a Vincent bez zastanowienia puścił się miotły wpadając w sam czubek drzew. Obił się o głezię, kilka z nich złamał próbując się ich złapać, ale nie było to zbyt proste, w końcu łapiąc się ostatniej gałęzi ręką zawisł półtora metra nad ziemią niczym wyrośnięta małpa. Był podrapany, obolały i prawdopodobnie miał coś złamane, ale pewności nie było. Ze głuchym stęknięciem puścił się drzewa i zwalił pod nim na nogi, aby zaraz upaść na plecy i zamknąć oczy. Był wyczerpany i nie chciało mu się ruszać. Czekał aż Basilius go znajdzie. Miał teraz czas, aby pomyśleć o swoim życiu i może wyjechać w góry hodować jakieś kozy. Czasami miał wrażenie, że był za stary na takie ekscesy, a potem przypominał sobie, że przecież istniała jeszcze Brenna, a nie mógł pozwolić na to, aby poczuła ulgę z powodu jego nieobecności.
Lubił Longbottom trochę bardziej niż zakładał, zbyt często określał ją w swojej głowie jako przyjaciółkę i to sprawiało, że zawsze o niej myślał, gdy widział pączki lub ciastka. W sumie zjadłby jakieś ciastko, albo nie…
– Papierosy – wybełkotał i usiadł w końcu opierając obolałe plecy o pień drzewa. Wyciągnął z kieszeni podartych spodni paczkę mugolskich fajek, wcisnął je między wargi i po chwili już wydmuchiwał dym z ust. Zamruczał przy tym czując jak ból odpływa, oczywiście nie ten fizyczny, a ten wyimaginowany przez jego wielką wyobraźnię. Gdzie podziewał się Basilius? Uporał się już z problemem miotły? Zerknął na zegarek. Spóźniał się i miał zamiaru mu to powiedzieć jak tylko ten do niego dotrze.