11.11.2024, 14:08 ✶
Ta Brenna też rzadko bywała zestresowana, a jak już była, to bardzo starała się tego po sobie nie pokazać. I teraz można by powiedzieć, że i tak szło jej całkiem nieźle, biorąc pod uwagę fakt, że na ulicy auta jeździły w drugą stronę, i dowiadywała się, że gość, którego wsadziła za kratki kilka miesięcy temu wcale za tymi kratkami nie siedział.
Drgnęła, gdy ją dotknął. Dotyk nie był czymś, co zwykle jej przeszkadzało – wyciągała dłonie do rodziny, przyjaciół, znajomych, czasem i obcych ludzi, bo to był dla niej naturalny sposób okazywania uczuć czy pocieszania. Ale ten gest był jednak trochę inny, a poza tym wszystko było nie tak i wcale nie była przekonana, czy w ogóle zna tego Vincenta Prewetta. Czy to w ogóle był Vincent Prewett?
Bo do cholery, Vincent Prewett, którego znała, powinien doskonale wiedzieć, że „drink” to w jej wykonaniu kawa albo herbata. Owszem, ostatnio w sumie to się trochę spiła, ale to był moment załamania i on nie miał o tym pojęcia.
Sięgnęła po jego dłoń i zsunęła ją z ramienia, spokojnym, niezbyt gwałtownym ruchem, a potem się do niego odwróciła, za plecami zostawiając ten obcy – znajomy Londyn. W tej chwili na jej twarzy była raczej jakaś zaciętość niż stres, bo Brenna była absolutnie zdecydowana znaleźć sposób na powrót do domu. Nie miała czasu na wizyty w barach, musiała… w sumie to nie była pewna, do głowy przychodziło jej dopadnięcie brata babki, dopadnięcie Morpheusa, przeszukanie mieszkanie i jeszcze może walnięcie głową o to pieprzone lustro, może straci przytomność i obudzi się u siebie.
– Ja zawsze bredzę, bredzenie to dla mnie stan naturalny – oświadczyła. – Znaczy się, prawie zawsze bredzę, ale teraz akurat nie. Sorry, dziś podziemnych ścieżek nie będzie, drinków to tym bardziej, mam bardzo pojebaną sprawę do rozłożenia na czynniki pierwsze. Roderick musi poczekać.
Taką z wpadaniem w dziury w czasie i przestrzeni. A Roderick musi poczekać aż… hm, może aż Brenna naprostuje czasoprzestrzeń i znowu będzie siedział w więzieniu?
Drgnęła, gdy ją dotknął. Dotyk nie był czymś, co zwykle jej przeszkadzało – wyciągała dłonie do rodziny, przyjaciół, znajomych, czasem i obcych ludzi, bo to był dla niej naturalny sposób okazywania uczuć czy pocieszania. Ale ten gest był jednak trochę inny, a poza tym wszystko było nie tak i wcale nie była przekonana, czy w ogóle zna tego Vincenta Prewetta. Czy to w ogóle był Vincent Prewett?
Bo do cholery, Vincent Prewett, którego znała, powinien doskonale wiedzieć, że „drink” to w jej wykonaniu kawa albo herbata. Owszem, ostatnio w sumie to się trochę spiła, ale to był moment załamania i on nie miał o tym pojęcia.
Sięgnęła po jego dłoń i zsunęła ją z ramienia, spokojnym, niezbyt gwałtownym ruchem, a potem się do niego odwróciła, za plecami zostawiając ten obcy – znajomy Londyn. W tej chwili na jej twarzy była raczej jakaś zaciętość niż stres, bo Brenna była absolutnie zdecydowana znaleźć sposób na powrót do domu. Nie miała czasu na wizyty w barach, musiała… w sumie to nie była pewna, do głowy przychodziło jej dopadnięcie brata babki, dopadnięcie Morpheusa, przeszukanie mieszkanie i jeszcze może walnięcie głową o to pieprzone lustro, może straci przytomność i obudzi się u siebie.
– Ja zawsze bredzę, bredzenie to dla mnie stan naturalny – oświadczyła. – Znaczy się, prawie zawsze bredzę, ale teraz akurat nie. Sorry, dziś podziemnych ścieżek nie będzie, drinków to tym bardziej, mam bardzo pojebaną sprawę do rozłożenia na czynniki pierwsze. Roderick musi poczekać.
Taką z wpadaniem w dziury w czasie i przestrzeni. A Roderick musi poczekać aż… hm, może aż Brenna naprostuje czasoprzestrzeń i znowu będzie siedział w więzieniu?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.