11.11.2024, 18:14 ✶
Istniała w jego życiu właściwie tylko jedna osoba, do której potrafiłby przyjść i przyznać się do tego, że boi się i potrzebuje pomocy. Jedna na całe pieprzone życie. Nic dziwnego, że żeby zyskać tę rangę w jego sercu, musiałeś być kimś, kogo zwyczajnie nie dało się oszukać, bo jego oczy i dusza świdrowały cię na wylot. Kimś budującym wrażenie, że wcale nie było z nim aż tak źle i dało się kochać kogoś tak głęboko zniszczonego.
Wsadził papierosa między wargi i zaciągnął się, wlepiając oczy w krajobraz miasta. Zimne powietrze obijające się o jego policzki było prawie tak samo uspokajające, jak głos Bletchleya, kiedy rozedrgany nie wiedział co mówić. Nieświadomie kopiował go teraz, bo przecież wiedział dobrze - jeżeli człowiek chciał podnieść się po traumie, musiał rozpamiętywać ją jak najkrócej. Jednej godziny musiałeś podrzynać komuś gardło, drugiej topić smutki i nie myśleć o tym wcale. Dzisiejsza noc była straszna, ale rano Laurent mógł zjeść spalone naleśniki, iść do domu myśląc o paskudnym smaku zwęglonego ciasta i zorientować się, że bardziej przeżywało się zmarnowaną konfiturę niż wczorajszy kryzys. Tak wyciągał się ludzi z dna. Chciał być dla niego dziś tym, kim Bletchley był dla niego w dni, kiedy zamykał oczy gotowy na cios, ale ten cios nigdy nie nadchodził. Podać mu rękę, pomóc wstać. A późnej zniknąć, bo... to co czuł w jego obecności, to w jaki sposób jedna osoba potrafiła rozświetlić swoje otoczenie, boleśnie przypominało o prawdzie utkanej w sercu już dawno. Jego istnienie pokazywało, że świat posiadał w sobie czerń. To on był tą czernią. Laurent był światłem, do którego ludzie naturalnie lgnęli, a on... był kłębkiem czerni i nerwów. Wypruwał z innych energię. Był zbyt ciężki do udźwignięcia, wykańczał innych ludzi. To dlatego od niego odchodzili. Zostawali ci, na których nie zrzucał ciężaru swojej egzystencji, którzy nie wiedzieli jaką katorgą stawała się codzienność widziana jego oczami. Nie radził sobie z kompleksem zbawcy, nie radził sobie z przekonaniem, że na miłość trzeba było zasłużyć i zapracować, całkowicie zszarganym przez obecność człowieka nie oczekującego od niego nic, a jednocześnie... wciąż w nim żyjącym.
Kiedy stał się tak pełen sprzeczności? Różne poglądy musiały walczyć w nim o dominację.
Stojąc w progu sypialni Alfiego i widząc śpiącego Prewetta, nie potrafił zrozumieć tego, co robił. Czy kiedy znajdowali się blisko to wszystko to, co przeżywał z innymi, traciło na znaczeniu? Nie. Było wciąż piekielnie ważne, oni wszyscy byli dla niego tak cholernie ważni, po prostu... nie wiedział nawet kiedy właściwie to się działo, ale to uczucie rosło i rosło i rosło. Poświęcał się dla innych na tyle sposobów. Był zawsze tym odwołującym własne plany, rezygnującym z własnych ambicji, aby trwać przy kimś - bo bycie silnym dla kogoś pomagało mu wstawać, a słowa podzięki, chociaż wywoływały w nim dreszcze zażenowania, przywoływały też w żołądku to dziwne uczucie kojarzone przez niego z satysfakcją. Dlaczego nie mógł przestać? To musiała być chciwość - nie znał absolutnie nikogo zdolnego do kochania kilku osób jednocześnie - to musiała być chciwość albo jego wyuzdanie, zepsucie. I toksyczna chęć pomocy. Tak! Toksyczna i on sam to widział - lgnięcie do Bletchleya, bo nadawał jego życiu głębsze znaczenie i przynosił mu radość, do Laurenta, bo mógł go naprawić. Tylko to pozwalało mu dostrzec w sobie jakąkolwiek wartość. Ona była mierzona w tym ile razy nie pozwolił komuś w dźwiganiu czegoś samodzielnie - jednocześnie wypalała się tak szybko, jakby chciała mu przypomnieć, że nie dało się w tym w pełni najeść. Był skorupą. W środku znajdowała się pustka.
Położył się obok niego, chociaż planował iść spać na podłodze. Objął go rękoma i pozwolił mu leżeć na swoim ramieniu, chociaż tak bardzo upierał się sam przed sobą, że pragnął jedynie nici porozumienia prowadzącej do przyjaźni. Oparł podbródek na czubku jego głowy i odetchnął.
Obudził się cholernie zdziwiony. Nie pamiętał kiedy zasnął ani kiedy wyciągnął z kieszeni nóż znajdujący się teraz pod poduszką. Rękę na której leżał Laurent miał tak zdrętwiałą, że właściwie już jej nie czuł. Wypluł pasmo własnych włosów z ust i poruszył się mocniej, bo na tym etapie już po prostu musiał rozpiąć cisnący go guzik spodni. Nie miał pojęcia która mogła być teraz godzina, ale to na pewno nie była czternasta, a to do niej miał w zwyczaju spać. Najwyraźniej przez cały ten czas nie zapadł w głęboki sen. Przesunął palcami po blond czuprynie i jeżeli Laurent dał jakikolwiek znak, że już nie śpi, Crow zjechał nimi aż do podbródka, żeby zadrzeć go do góry i móc spojrzeć mu w oczy.
Wsadził papierosa między wargi i zaciągnął się, wlepiając oczy w krajobraz miasta. Zimne powietrze obijające się o jego policzki było prawie tak samo uspokajające, jak głos Bletchleya, kiedy rozedrgany nie wiedział co mówić. Nieświadomie kopiował go teraz, bo przecież wiedział dobrze - jeżeli człowiek chciał podnieść się po traumie, musiał rozpamiętywać ją jak najkrócej. Jednej godziny musiałeś podrzynać komuś gardło, drugiej topić smutki i nie myśleć o tym wcale. Dzisiejsza noc była straszna, ale rano Laurent mógł zjeść spalone naleśniki, iść do domu myśląc o paskudnym smaku zwęglonego ciasta i zorientować się, że bardziej przeżywało się zmarnowaną konfiturę niż wczorajszy kryzys. Tak wyciągał się ludzi z dna. Chciał być dla niego dziś tym, kim Bletchley był dla niego w dni, kiedy zamykał oczy gotowy na cios, ale ten cios nigdy nie nadchodził. Podać mu rękę, pomóc wstać. A późnej zniknąć, bo... to co czuł w jego obecności, to w jaki sposób jedna osoba potrafiła rozświetlić swoje otoczenie, boleśnie przypominało o prawdzie utkanej w sercu już dawno. Jego istnienie pokazywało, że świat posiadał w sobie czerń. To on był tą czernią. Laurent był światłem, do którego ludzie naturalnie lgnęli, a on... był kłębkiem czerni i nerwów. Wypruwał z innych energię. Był zbyt ciężki do udźwignięcia, wykańczał innych ludzi. To dlatego od niego odchodzili. Zostawali ci, na których nie zrzucał ciężaru swojej egzystencji, którzy nie wiedzieli jaką katorgą stawała się codzienność widziana jego oczami. Nie radził sobie z kompleksem zbawcy, nie radził sobie z przekonaniem, że na miłość trzeba było zasłużyć i zapracować, całkowicie zszarganym przez obecność człowieka nie oczekującego od niego nic, a jednocześnie... wciąż w nim żyjącym.
Kiedy stał się tak pełen sprzeczności? Różne poglądy musiały walczyć w nim o dominację.
Stojąc w progu sypialni Alfiego i widząc śpiącego Prewetta, nie potrafił zrozumieć tego, co robił. Czy kiedy znajdowali się blisko to wszystko to, co przeżywał z innymi, traciło na znaczeniu? Nie. Było wciąż piekielnie ważne, oni wszyscy byli dla niego tak cholernie ważni, po prostu... nie wiedział nawet kiedy właściwie to się działo, ale to uczucie rosło i rosło i rosło. Poświęcał się dla innych na tyle sposobów. Był zawsze tym odwołującym własne plany, rezygnującym z własnych ambicji, aby trwać przy kimś - bo bycie silnym dla kogoś pomagało mu wstawać, a słowa podzięki, chociaż wywoływały w nim dreszcze zażenowania, przywoływały też w żołądku to dziwne uczucie kojarzone przez niego z satysfakcją. Dlaczego nie mógł przestać? To musiała być chciwość - nie znał absolutnie nikogo zdolnego do kochania kilku osób jednocześnie - to musiała być chciwość albo jego wyuzdanie, zepsucie. I toksyczna chęć pomocy. Tak! Toksyczna i on sam to widział - lgnięcie do Bletchleya, bo nadawał jego życiu głębsze znaczenie i przynosił mu radość, do Laurenta, bo mógł go naprawić. Tylko to pozwalało mu dostrzec w sobie jakąkolwiek wartość. Ona była mierzona w tym ile razy nie pozwolił komuś w dźwiganiu czegoś samodzielnie - jednocześnie wypalała się tak szybko, jakby chciała mu przypomnieć, że nie dało się w tym w pełni najeść. Był skorupą. W środku znajdowała się pustka.
Położył się obok niego, chociaż planował iść spać na podłodze. Objął go rękoma i pozwolił mu leżeć na swoim ramieniu, chociaż tak bardzo upierał się sam przed sobą, że pragnął jedynie nici porozumienia prowadzącej do przyjaźni. Oparł podbródek na czubku jego głowy i odetchnął.
Obudził się cholernie zdziwiony. Nie pamiętał kiedy zasnął ani kiedy wyciągnął z kieszeni nóż znajdujący się teraz pod poduszką. Rękę na której leżał Laurent miał tak zdrętwiałą, że właściwie już jej nie czuł. Wypluł pasmo własnych włosów z ust i poruszył się mocniej, bo na tym etapie już po prostu musiał rozpiąć cisnący go guzik spodni. Nie miał pojęcia która mogła być teraz godzina, ale to na pewno nie była czternasta, a to do niej miał w zwyczaju spać. Najwyraźniej przez cały ten czas nie zapadł w głęboki sen. Przesunął palcami po blond czuprynie i jeżeli Laurent dał jakikolwiek znak, że już nie śpi, Crow zjechał nimi aż do podbródka, żeby zadrzeć go do góry i móc spojrzeć mu w oczy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.