Narodziny to ból. Pierwszy oddech, ból w klatce piersiowej, pierwszy oślepiający blask światła. Tutaj nic nie kuło w oczy, a oddech wcale nie palił. Powietrze było wypełnione czymś więcej niż czystością pościeli. Kujący w nos zapach dymu, który wpleciony był w czarne włosy i ubrania. Pewnie osiadał na tych pojedynczych siwych włosach, które można było odnaleźć w jego czuprynie. Znajoma woń ciała - Flynn powinien był się umyć, ale tego nie zrobił wczoraj, może nawet nie zrobił tego przedwczoraj. To jeszcze nie była ta kwaśność w odbiorze bodźców, ale już osiadł kurz słońca na skórze. Może nawet odsunąłby się od poduszki, która została dla niego stworzona z męskiego ramienia, gdyby wyłaniania się z czerni nie było takie powolne i wymagające. Narodziny. Pierwszy oddech. Ból. Te trzy elementy pozostały. Wychodzisz na świat, chociaż jeszcze przed momentem nie istniałeś.
A bolało go całe ołowiane ciało, gdy tak przegrywał z grawitacją fizycznie i szarpał się z Morfeuszem o samoświadomość. Kiedy próbujesz płynąć pod prąd nie jest ci za łatwo - tutaj było to bardziej jak wypychanie nurtem, przebijanie się przez błonę i smolisty brzeg. Suchość w ustach stała w duecie z suchością oczu i wyschniętymi wargami. Zmieniło się tempo jego oddechu - pojawiło się pierwsze westchnienie. Jak pierwszy wiatr przeczesuje korony drzew swoim dotykiem, tak ciemność wplatała się w pierwsze smugi jutrzenki. Nicość. Pustka. Jak wyglądałaby Jutrzenka, gdyby nie Noc? Jak wyglądałyby Gwiazdy, gdyby nie opatulała ich Czerń? I co powiedziałby Księżyc, gdyby jego srebro nie było niesione przez warkocz Ciemności? Och, no przecież nie powiedziałyby: "Nocy, idź się umyć". Czyli dokładnie tego, co powiedzieć miał ochotę Laurent do Flynna, kiedy jego ciężkie powieki usunęły kurtynę zmroku. Nie było dźwięku - pożarła je senność. Nie było ruchu - zgniotła go bezsilność. Marazm. Był jałowy na tle czerni i ognia Fleamonta Bella, śmiesznie nijaki, za grzeczny, za słaby, za... wszystko przy nim było za. Niestety kontynuacją tego "za" nie było "dużo". To nie "za dużo", to było "za mało". Logiczne, w końcu przeciwieństwa ich światów były rażące, a już usłyszał, że powinien trzymać się od Crowa z dala. Zedrzyj pościel z nieba, zniszcz czerń, pozbądź się nocy. Zostanie tylko białe tło, wypełnisz je znowu nijaką mieszanką barw, które na końcu znów zrobią brudny brąz. Mówili, że to niebieski był kolorem smutku, ale to nie mogła być prawda. To musiał być nijaki brąz - brud i takie nagromadzenie wszystkiego, że sam zapominałeś, kim jesteś. Zapominałeś też, kim mógłbyś się stać. Pustki nie dało się wypełnić, a jednak temu brudowi bardzo dobrze wychodziło zalewanie Flynna w całości. Poruszył się, bo sam czuł odrętwienie ciała od głębokiego snu w niezmiennej pozycji i to najwyraźniej wystarczyło, żeby obudzić Noc.
Noc w końcu musiała przeminąć, bo świt był rzeczą nieuniknioną. I tak nikt nie zamierzał pozwolić tej małej Gwieździe w tymczasowych objęciach Nicości zgasnąć - co rusz karmili ją tu i ówdzie i podnosili jak Atlas trzymał Ziemię na swoich nagich barkach. To była właśnie ta Nicość, której poszukiwał wczorajszej nocy. Nicość, która celowo przed nim uciekała.
Jak łatwo było zapomnieć, że gwiazdy przestają lśnić na niebie, kiedy nie ułoży się ich na odpowiednim podłożu.
Zmienił się oddech Flynna, którego myśli wydawały się rozpierzchnięte tak samo jak ta noc. Wczoraj było wczoraj, dzisiaj budzili się obok siebie. W ciszy. Bliżej niż na wyciągnięcie dłoni. Laurentowi było ciepło - tak idealnie ciepło, że wcale nie miał ochoty zmieniać tego stanu rzeczy i chciał się dalej przelewać pod każdym dotykiem, a nie zaczynać polegać na własnej sile. Nie było jednak niczego mądrego w opieraniu się na mężczyźnie, który lepiej niż na budowaniu znał się na niszczeniu. Poruszył się dopiero razem z nim. Podniósł swoją głowę i spojrzał niemal pustymi oczami na tę piękną twarz. Zniszczoną, podstarzałą, ale ciągle tak bardzo żywą. Pełną nadziei, błagania, złości, albo strachu. Czasem wszystkiego na raz. Bardzo rzadko widywał ją taką jak teraz - spokojną, bo zaspaną.
Zagościła chwila ciszy, nim Laurent zebrał się, żeby powoli i ostrożnie zacząć się unosić, a jego twarz jawnie wskazywała na to, że podniesienie się jest procesem bolesnym. Błogo nieświadom o tym, że Flynn naprawdę spał tu czujnie jak pies, wrażliwy na każde drgnięcie, gotów gryźć każdego, kto się zbliży. Sięgnął dłonią po szklankę i przez chwilę próbował wyczuć swoją siłę, zanim ją podniósł i łapczywie dopił wodę do końca. Chwilowy stan niekoniecznie pozwalał mu na konfrontację z dyskomfortem - nieodpowiednie ciuchy, nie takie łóżko, ból karku, szorstka wręcz pościel w przyzwyczajeniu do jego standardów. Ostatnie, co mógł powiedzieć teraz to to, że się wyspał.
- Powinieneś się umyć. - Brzmiało znajomo? Mimo podniesienia się do pozycji siedzącej, nie odsunął się od czarnowłosego. Odstawił szklankę i znów skrzyżował z nim spojrzenia. - Ładnie wtedy pachniesz. - Mruczał niepasującym do siebie, bo nieco ochrypłym głosem. Przez moment mówił jedno wielkie nic, nim przechylił się, żeby przytulić się do niego z głową na wysokości jego torsu.