12.11.2024, 05:37 ✶
Zaklęcie Rodolphusa zostało związanie poprawnie, może podsycane jakąś usilnie pchającą go do przodu powinnością, by nie pozwolić aby impostor zajął jego miejsce przy boku Voldemorta. Udało się i ogarniający go do tej pory ból ostygł, kiedy tańczące dookoła niego płomienie rozprysły się pod wpływem magii. Nieprzyjemne uczucie pozostało z nim jednak, nawet jeśli teraz przytłumione, niosąc ze sobą swąd nadpalonego ubrania i włosów. Nie mógł widzieć niczego pod maską swojego przeciwnika, ale w tym momencie, szczególnie kiedy machnął ponownie różdżką, chcąc przemienić go w robaka, był nagle absolutnie przekonany że tamten się uśmiecha. Lekko, samymi kącikami ust, ale w ten jakże pełen wyższości sposób. A grymas ten tylko się powiększył, kiedy sam splótł zaklęcie, powtarzając dokładnie te same zamiary które miał Lestrange i nawet jeśli śmierciożerca próbował instynktownie obronić się przed atakiem, rozpraszające zaklęcie okazało się niewystarczające.
Świat który otaczał Rodolphusa nagle stał się ogromny, a jego perspektywa zmieniła się gwałtownie, kiedy został sprowadzony do formy obrzydliwego karalucha. Jego przeciwnik machnął jeszcze różdżką, ewidentnie chcąc zrobić coś jeszcze, ale ta zaiskrzyła w jego dłoni, nagle nie chcąc poddać się woli swojego właściciela. Nie zmieniało to jednak najważniejszego - na ten moment Lestrange nie mógł zbyt wiele zrobić, bo walka skończyła się na dobrą sprawę jeszcze zanim się zaczęła. Tym bardziej że pochylająca się nad nim sylwetka oponenta zaraz dokonała dzieła, zadeptując go i kończąc karalusze życie.
rzuty śmierciożercy i obrona ostatniej szansy
Mimo uczucia, które przy poprzedniej próbie przejęło całe jego ciało, Nicholas zdecydował się na ponowne wykorzystanie ekterioryzacji i tym razem efekt okazał się o wiele bardziej przewidywalny. Delikatnie odłączył się od usadzonego pod ścianą ciała, z zamiarem spojrzenia na to co pisane było na posadzce celi znajdującej się na przeciwko jego własnej, ale w sumie było to niemożliwe. Kiedy tylko opuścił ciało, jego otoczenie zmieniło się, a on znowu znajdował się na posadzce Mauzoleum i mógł oglądać znajdujące się dookoła kamienne ściany i cztery prowadzące gdzieś w głąb kompleksu korytarze. Niedaleko niego leżał natomiast Lestrange, również nieprzytomny, a nigdzie w zasięgu wzroku nie dało się wyłowić Cassandry, która ich tutaj przyprowadziła i nakłoniła do napicia się z karafki. Jeśli do tej pory Travers mógł mieć problemy z rozróżnieniem co było prawdą, a co wytworem tajemniczej mikstury, to teraz mógł mieć pewność że kamienne więzienie było tylko iluzją, a jego prawdziwe ciało znajdowało się na zimnej posadzce włości Fawleyów.
W pierwszej chwili wszystko wyglądało tak samo - rzeźby, podest z karafką, cztery korytarze. Ale w końcu do mężczyzny doszło że jeden z nich, ten wcześniej wskazywany przez Cassandrę, przestał wydawać się prowadzić donikąd. Był długi, owszem, ale teraz na jego końcu dało radę wypatrzyć się ścianę, kamienny posąg czy nawet prowadzące od niego odnogi.
Jak to było być karaluchem, dobrze? Jeśli Lestrange miał na ten temat jakieś głębsze przemyślenia, to te szybko się skończyły, kiedy w jego robaczy móżdżek wbił się dźwięk miażdżonego pancerzyka. Podobno tego typu robaki mogły przeżyć w najgorszych warunkach, ale najwyraźniej granicą była podeszwa buta. Rodolphus miał wrażenie, jakby ktoś wbijał mu w mózg odłamki szkła, dodatkowo rysując po nich paznokciami, tworząc przy tym kakofonią nieznośnego, rozdzierającego jego umysł dźwięku. Bolały go od tego czółki. Bolały go zęby... zęby? Głowa wciąż go bolała, ale czuł że leży na zimnej posadzce w migotliwym świetle płomieni oświetlających komnatę w Mauzoleum Fawleyów.
Świat który otaczał Rodolphusa nagle stał się ogromny, a jego perspektywa zmieniła się gwałtownie, kiedy został sprowadzony do formy obrzydliwego karalucha. Jego przeciwnik machnął jeszcze różdżką, ewidentnie chcąc zrobić coś jeszcze, ale ta zaiskrzyła w jego dłoni, nagle nie chcąc poddać się woli swojego właściciela. Nie zmieniało to jednak najważniejszego - na ten moment Lestrange nie mógł zbyt wiele zrobić, bo walka skończyła się na dobrą sprawę jeszcze zanim się zaczęła. Tym bardziej że pochylająca się nad nim sylwetka oponenta zaraz dokonała dzieła, zadeptując go i kończąc karalusze życie.
rzuty śmierciożercy i obrona ostatniej szansy
Mimo uczucia, które przy poprzedniej próbie przejęło całe jego ciało, Nicholas zdecydował się na ponowne wykorzystanie ekterioryzacji i tym razem efekt okazał się o wiele bardziej przewidywalny. Delikatnie odłączył się od usadzonego pod ścianą ciała, z zamiarem spojrzenia na to co pisane było na posadzce celi znajdującej się na przeciwko jego własnej, ale w sumie było to niemożliwe. Kiedy tylko opuścił ciało, jego otoczenie zmieniło się, a on znowu znajdował się na posadzce Mauzoleum i mógł oglądać znajdujące się dookoła kamienne ściany i cztery prowadzące gdzieś w głąb kompleksu korytarze. Niedaleko niego leżał natomiast Lestrange, również nieprzytomny, a nigdzie w zasięgu wzroku nie dało się wyłowić Cassandry, która ich tutaj przyprowadziła i nakłoniła do napicia się z karafki. Jeśli do tej pory Travers mógł mieć problemy z rozróżnieniem co było prawdą, a co wytworem tajemniczej mikstury, to teraz mógł mieć pewność że kamienne więzienie było tylko iluzją, a jego prawdziwe ciało znajdowało się na zimnej posadzce włości Fawleyów.
W pierwszej chwili wszystko wyglądało tak samo - rzeźby, podest z karafką, cztery korytarze. Ale w końcu do mężczyzny doszło że jeden z nich, ten wcześniej wskazywany przez Cassandrę, przestał wydawać się prowadzić donikąd. Był długi, owszem, ale teraz na jego końcu dało radę wypatrzyć się ścianę, kamienny posąg czy nawet prowadzące od niego odnogi.
Jak to było być karaluchem, dobrze? Jeśli Lestrange miał na ten temat jakieś głębsze przemyślenia, to te szybko się skończyły, kiedy w jego robaczy móżdżek wbił się dźwięk miażdżonego pancerzyka. Podobno tego typu robaki mogły przeżyć w najgorszych warunkach, ale najwyraźniej granicą była podeszwa buta. Rodolphus miał wrażenie, jakby ktoś wbijał mu w mózg odłamki szkła, dodatkowo rysując po nich paznokciami, tworząc przy tym kakofonią nieznośnego, rozdzierającego jego umysł dźwięku. Bolały go od tego czółki. Bolały go zęby... zęby? Głowa wciąż go bolała, ale czuł że leży na zimnej posadzce w migotliwym świetle płomieni oświetlających komnatę w Mauzoleum Fawleyów.