12.11.2024, 11:00 ✶
Charlotte, skupiona chwilowo na zimnie oraz nawiedzeniu, puściła już pomimo uszu dyskusję na temat kremów (naturalną urodę warto wspierać, była absolutnie piękna i bez kosmetyków, ale piękna kobieta powinna o siebie dbać, na przykład ulubionym kremem Potterów), a na słowa o pracy tylko kiwnęła głową – oczywiście, że na nią spojrzy, jak tylko wnętrze ich mieszkania nie będzie przypominać mugolskiej lodówki.
– Tony z pewnością nie robiłby nikomu takich dowcipów, ale nie jestem pewna Johny’ego. W każdym razie to na pewno nie fotele – westchnęła Charlotte, wycofując się z salonu. – To duch – oświadczyła bardzo spokojnym tonem kogoś, kto z duchami i ogólne rzecz biorąc z trupami miał do czynienia wyjątkowo często.
Kelly ruszyła do pokoju córki i skrzywiła się lekko, kiedy uderzył w nią lodowatozimny powiew – zaklęcie Theo jednak zaraz otoczyło ich ciepłem.
– Pojemnik na ducha. Benji, niestety, musiał się tu wślizgnąć i go wypuścić – powiedziała, spoglądając na szczątki. – Na nieszczęście, duch w nim zamknięty bardzo nie chciał opuszczać miejsca, w którym go zamknięto i w dodatku był dość potężny, więc teraz zapewne jest…
Umilkła i uniosła głowę, by spojrzeć pod sufit: prosto w oczy rozciągniętej na nim kobiety w staromodnej sukni, półprzezroczystej, w ubraniu poplamionym krwią.
– Bardzo wściekły – dokończyła, odruchowo kładąc lewą dłoń na ramieniu Theo, a prawą sięgając po różdżkę, choć doprawdy, na niematerialnego lokatora niewiele dało się poradzić. Duch wrzasnął, a Charlotte skrzywiła się lekko na ten dźwięk. – Jessie, skarbie, załóż Benjiemu smycz! Niestety, nie mamy szczęście, że Rity nie ma, bo jest potrzebna, żeby znowu ją zamknąć. Napiszę do niej, żeby szybciej wróciła z pracy, a w tym czasie pójdziemy na obiad do Dziurawego Kotła. Och, i wypuście sowy, zamarzną biedne, zanim zdążymy wrócić – powiedziała, zerkając w stronę klatki sowy Rity, ale ta na szczęście albo była na polowaniu, albo poleciała z jakimś listem, bo nie siedziała na swoim miejscu – dobrze, może i ten chłód by jej jeszcze nie zabił, ale zmarzłaby na pewno.
– I co tak wrzeszczysz? – spytała, z odrobiną irytacji, kiedy duch znowu krzyknął, a lód spowił sufit. – Doprawdy, będziemy musieli to odmalować…
– Tony z pewnością nie robiłby nikomu takich dowcipów, ale nie jestem pewna Johny’ego. W każdym razie to na pewno nie fotele – westchnęła Charlotte, wycofując się z salonu. – To duch – oświadczyła bardzo spokojnym tonem kogoś, kto z duchami i ogólne rzecz biorąc z trupami miał do czynienia wyjątkowo często.
Kelly ruszyła do pokoju córki i skrzywiła się lekko, kiedy uderzył w nią lodowatozimny powiew – zaklęcie Theo jednak zaraz otoczyło ich ciepłem.
– Pojemnik na ducha. Benji, niestety, musiał się tu wślizgnąć i go wypuścić – powiedziała, spoglądając na szczątki. – Na nieszczęście, duch w nim zamknięty bardzo nie chciał opuszczać miejsca, w którym go zamknięto i w dodatku był dość potężny, więc teraz zapewne jest…
Umilkła i uniosła głowę, by spojrzeć pod sufit: prosto w oczy rozciągniętej na nim kobiety w staromodnej sukni, półprzezroczystej, w ubraniu poplamionym krwią.
– Bardzo wściekły – dokończyła, odruchowo kładąc lewą dłoń na ramieniu Theo, a prawą sięgając po różdżkę, choć doprawdy, na niematerialnego lokatora niewiele dało się poradzić. Duch wrzasnął, a Charlotte skrzywiła się lekko na ten dźwięk. – Jessie, skarbie, załóż Benjiemu smycz! Niestety, nie mamy szczęście, że Rity nie ma, bo jest potrzebna, żeby znowu ją zamknąć. Napiszę do niej, żeby szybciej wróciła z pracy, a w tym czasie pójdziemy na obiad do Dziurawego Kotła. Och, i wypuście sowy, zamarzną biedne, zanim zdążymy wrócić – powiedziała, zerkając w stronę klatki sowy Rity, ale ta na szczęście albo była na polowaniu, albo poleciała z jakimś listem, bo nie siedziała na swoim miejscu – dobrze, może i ten chłód by jej jeszcze nie zabił, ale zmarzłaby na pewno.
– I co tak wrzeszczysz? – spytała, z odrobiną irytacji, kiedy duch znowu krzyknął, a lód spowił sufit. – Doprawdy, będziemy musieli to odmalować…