12.11.2024, 11:24 ✶
Odpowiedziało mu milczenie, to charakterystyczne, wwiercające się w plecy. Mildred już piła, nie czekała na to, aż się odwróci, nie czekała na to by wznieść toast.
Nie czuła się komfortowo, odbijając niczym Lustro obawy Thomasa o to jaki sens jest tej rozmowy. Co prawda nie wiedziała co chodzi mu po głowie, nie wiedziała ile kościotrupów pływa na dnie tego stawu. Co wiedziała, to fakt, że była tykającą bombą zegarową. Niestabilną, chwiejną.
Jej dramatyczne wyjście z dyskusji było tak w chuj dojrzałe, że powinni na powrót wysłać ją do Hogwartu. Zbulwersowane okrzyki Rudej że pieprzy się ze śmierciożercami kołatały echem w jej sercu, przekonanie, że kto z kim przystaje, takim się staje, więc ona, ona mogła okazać się słabym ogniwem organizacji, chwiejnym, zbyt łatwym do złamania. Oddanie ciała Louvianowi, oddanie serca Eden, nawet nie miała pojęcia o tym, że z kumplem Brenny z czasów szkolnych jest tak źle. Powinna poddawać w wątpliwość wszystkich którym ufa, powinna być czujna jak uczył ją brat i co? Ile by poświęciła żeby uratować Peregrinusa, jej Złocistego Chłopca, jej bratnią duszę? A jednak, w jego zapadniętych oczach dostrzegała mrok, w ruchach, w pochudłej twarzy, cieniach kładących się na coraz bardziej wyrazistych pod papierową skórą kościach. Palił... Może już był nekromantą, a ona się nie zorientowała? Może kolejnej nocy, którą spędzi w jego domu nie doczeka już poranka?
Chciała listy tych z którymi może rozmawiać, chciała prostych instrukcji, prostych odpowiedzi. Dziecinnych. Nie rozumiała świata, z trudem przychodziło jej wciąż odróżnienie jawy od snu, co znajdowało ujście w posępnych wysyconych szarością obrazach.
– Tak, chcę tu zamieszkać. Tu nikomu nie zrobię krzywdy swoim pojebaństwem – odpowiedziała gorzko, bo to był jeden z wielu powodów, ale całkiem solidny patrząc na niefortunny przebieg minionego przed momentem spotkania. Odetchnęła ciężko, wyciągając szklankę z karmelówką w jego stronę.
– Ty mi odpowiedz na to pytanie. To wcześniejsze, o zwidach w mule i krzakach. – złociste oczy śledziły go czujnie, zaszczute, zagrożone, nieszczęśliwe i samotne. – Jesteśmy kumplami. Chcesz to zjebać? Chcesz zaryzykować coś co działa, na rzecz czegoś co może sprawić, że nie będziemy mogli potem na siebie patrzeć. Tego chcesz? – rzucała mu wyzwanie, słowa wypadały przez zaciśnięte usta, jej ramiona były ściągnięte ku górze obronnie. Trudno jednak było ocenić jakiej odpowiedzi oczekiwała. – Skoczyć z klifu i rozbić się o skały? Ten jeden raz tepnąć się za późno?
Nie czuła się komfortowo, odbijając niczym Lustro obawy Thomasa o to jaki sens jest tej rozmowy. Co prawda nie wiedziała co chodzi mu po głowie, nie wiedziała ile kościotrupów pływa na dnie tego stawu. Co wiedziała, to fakt, że była tykającą bombą zegarową. Niestabilną, chwiejną.
Jej dramatyczne wyjście z dyskusji było tak w chuj dojrzałe, że powinni na powrót wysłać ją do Hogwartu. Zbulwersowane okrzyki Rudej że pieprzy się ze śmierciożercami kołatały echem w jej sercu, przekonanie, że kto z kim przystaje, takim się staje, więc ona, ona mogła okazać się słabym ogniwem organizacji, chwiejnym, zbyt łatwym do złamania. Oddanie ciała Louvianowi, oddanie serca Eden, nawet nie miała pojęcia o tym, że z kumplem Brenny z czasów szkolnych jest tak źle. Powinna poddawać w wątpliwość wszystkich którym ufa, powinna być czujna jak uczył ją brat i co? Ile by poświęciła żeby uratować Peregrinusa, jej Złocistego Chłopca, jej bratnią duszę? A jednak, w jego zapadniętych oczach dostrzegała mrok, w ruchach, w pochudłej twarzy, cieniach kładących się na coraz bardziej wyrazistych pod papierową skórą kościach. Palił... Może już był nekromantą, a ona się nie zorientowała? Może kolejnej nocy, którą spędzi w jego domu nie doczeka już poranka?
Chciała listy tych z którymi może rozmawiać, chciała prostych instrukcji, prostych odpowiedzi. Dziecinnych. Nie rozumiała świata, z trudem przychodziło jej wciąż odróżnienie jawy od snu, co znajdowało ujście w posępnych wysyconych szarością obrazach.
– Tak, chcę tu zamieszkać. Tu nikomu nie zrobię krzywdy swoim pojebaństwem – odpowiedziała gorzko, bo to był jeden z wielu powodów, ale całkiem solidny patrząc na niefortunny przebieg minionego przed momentem spotkania. Odetchnęła ciężko, wyciągając szklankę z karmelówką w jego stronę.
– Ty mi odpowiedz na to pytanie. To wcześniejsze, o zwidach w mule i krzakach. – złociste oczy śledziły go czujnie, zaszczute, zagrożone, nieszczęśliwe i samotne. – Jesteśmy kumplami. Chcesz to zjebać? Chcesz zaryzykować coś co działa, na rzecz czegoś co może sprawić, że nie będziemy mogli potem na siebie patrzeć. Tego chcesz? – rzucała mu wyzwanie, słowa wypadały przez zaciśnięte usta, jej ramiona były ściągnięte ku górze obronnie. Trudno jednak było ocenić jakiej odpowiedzi oczekiwała. – Skoczyć z klifu i rozbić się o skały? Ten jeden raz tepnąć się za późno?