22.01.2023, 13:56 ✶
Nie była do końca pewna, co widzi. Biorąc pod uwagę, że żadne z tej dwójki nie zareagowało na to, że w pobliżu pojawił się jeszcze ktoś, kto oddychał, poruszał się, mówił – miała do czynienia z jakąś wizją.
Prawdziwą?
Czas dorosnąć, przemawiało za tym, że jak najbardziej tak. A może to jedynie jakiś twór jej umysłu, czerpiący ze wspomnień i całego morza lęków…? Choć tak po prawdzie, niezbyt miała czas to analizować, nie, kiedy każde kolejne słowa coraz bardziej wypalały się w umyśle. Już nie szeptem, coraz głośniej, głośniej, poczucie winy ciążyło coraz bardziej i bardziej, aż prawie zapominała oddychać, tak bardzo przygniatało.
Świat się rozmył. Przetarła pośpiesznie oczy wierzchem dłoni, spojrzała ponownie na ławkę… pusta. Pusta, jeśli nie liczyć jakiegoś starego szala – był tu, zanim przyszła? Co do tego też nie miała pewności, ale też jednocześnie nie znajdowała innego wytłumaczenia. Rzeczy z wizji nie materializowały się raczej ot tak… z drugiej strony, magia była właśnie tym – magią. Ludzie się jej uczyli, badali, analizowali wszystkie jej aspekty, jakie byli w stanie wytropić, ale koniec końców: czy dało się w pełni poznać magię, rozłożyć ją na czynniki pierwsze?
Tkwiła przez dość długą chwilę w bezruchu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w ławkę, jakby Patrick z Florence nadal tam siedzieli. Być może zamarłaby tak na bardzo długie minuty, w nadziei, że znów ujrzy ukochanego dokładnie w tym samym miejscu, znów usłyszy jego głos.
Tęskniła, tak bardzo tęskniła…
Z marazmu wyrwała ją kolejna wizja, zupełnie oderwana od poprzedniej. Już nie sweter, a smoking. Już nie Florence, a zupełnie inna kobieta. Poczuła kolejne ukłucie w sercu, choć innego rodzaju niż wcześniej, z drugiej strony… nad tym w zasadzie też nie była w stanie się zastanowić. Posłyszany dźwięk skutecznie odwrócił uwagę kobiety, która odwróciła się dość gwałtownie, unosząc dłoń z różdżką.
Kolejne chwile bezruchu, wpatrywania się w mleczną mgłę.
Nie tak sobie wyobrażała coś, co już wcześniej wyczuwała. Wyobraźnia podpowiadała jakąś bliżej bezkształtną istotę, nie zaś… to. Nie samą siebie, nie własne ciało z momentu śmierci. Spanikowała – Alanna zapewne by w takiej sytuacji po prostu zaatakowała, ale Clare, choć czasem miała poczucie, że zatraca już siebie, wciąż nie była Alanną. I nie podejrzewała, żeby znajdował się tu ktokolwiek, przed kim musiała za wszelką cenę utrzymać maskę, choć nawet jeśli – być może miałaby to głęboko w poważaniu.
Bo jak mogła walczyć sama ze sobą?
Nawet już nie zawracała sobie głowy porzuconą walizką; po prostu odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie.
Byle dalej.
A najlepiej – jak najdalej od całego przeklętego miasteczka.
Prawdziwą?
Czas dorosnąć, przemawiało za tym, że jak najbardziej tak. A może to jedynie jakiś twór jej umysłu, czerpiący ze wspomnień i całego morza lęków…? Choć tak po prawdzie, niezbyt miała czas to analizować, nie, kiedy każde kolejne słowa coraz bardziej wypalały się w umyśle. Już nie szeptem, coraz głośniej, głośniej, poczucie winy ciążyło coraz bardziej i bardziej, aż prawie zapominała oddychać, tak bardzo przygniatało.
Świat się rozmył. Przetarła pośpiesznie oczy wierzchem dłoni, spojrzała ponownie na ławkę… pusta. Pusta, jeśli nie liczyć jakiegoś starego szala – był tu, zanim przyszła? Co do tego też nie miała pewności, ale też jednocześnie nie znajdowała innego wytłumaczenia. Rzeczy z wizji nie materializowały się raczej ot tak… z drugiej strony, magia była właśnie tym – magią. Ludzie się jej uczyli, badali, analizowali wszystkie jej aspekty, jakie byli w stanie wytropić, ale koniec końców: czy dało się w pełni poznać magię, rozłożyć ją na czynniki pierwsze?
Tkwiła przez dość długą chwilę w bezruchu, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w ławkę, jakby Patrick z Florence nadal tam siedzieli. Być może zamarłaby tak na bardzo długie minuty, w nadziei, że znów ujrzy ukochanego dokładnie w tym samym miejscu, znów usłyszy jego głos.
Tęskniła, tak bardzo tęskniła…
Z marazmu wyrwała ją kolejna wizja, zupełnie oderwana od poprzedniej. Już nie sweter, a smoking. Już nie Florence, a zupełnie inna kobieta. Poczuła kolejne ukłucie w sercu, choć innego rodzaju niż wcześniej, z drugiej strony… nad tym w zasadzie też nie była w stanie się zastanowić. Posłyszany dźwięk skutecznie odwrócił uwagę kobiety, która odwróciła się dość gwałtownie, unosząc dłoń z różdżką.
Kolejne chwile bezruchu, wpatrywania się w mleczną mgłę.
Nie tak sobie wyobrażała coś, co już wcześniej wyczuwała. Wyobraźnia podpowiadała jakąś bliżej bezkształtną istotę, nie zaś… to. Nie samą siebie, nie własne ciało z momentu śmierci. Spanikowała – Alanna zapewne by w takiej sytuacji po prostu zaatakowała, ale Clare, choć czasem miała poczucie, że zatraca już siebie, wciąż nie była Alanną. I nie podejrzewała, żeby znajdował się tu ktokolwiek, przed kim musiała za wszelką cenę utrzymać maskę, choć nawet jeśli – być może miałaby to głęboko w poważaniu.
Bo jak mogła walczyć sama ze sobą?
Nawet już nie zawracała sobie głowy porzuconą walizką; po prostu odwróciła się na pięcie i pobiegła przed siebie.
Byle dalej.
A najlepiej – jak najdalej od całego przeklętego miasteczka.
414/1737