Swojemu bohaterowi dawało się więcej niż całusa. Swojemu rycerzowi damy dawały chusteczki przed walką, a później obsypywały go pocałunkami. Co Laurent mógł dać Edgowi? Mógł wysmyknąć się z tych palców - na przykład. Mógł wysmyknąć się z tych objęć - to na pewno. Mógł zostawić go tutaj... nie, tego nie mógł zrobić. Musiałby tupnąć nóżką, wyjść w nieznany świat i chociaż z orientacją w terenie nie było u niego źle to nie miał możliwości normalnego podróżowania. Brak różdżki, brak możliwości teleportacji - ciekawe, jak daleko by dotarł. Mógł za to nakazać się zanieść do tego domu. Jakoś nie sądził, że Flynn by tego nie zrobił, a jednocześnie czuł się całkiem niepewnie jak miałoby to wyglądać. Czy potem by zniknął i znowu się nie odzywał, nie pojawiał, czy może liczyłby właśnie na coś więcej. Wachlarz możliwości - a wybrane zostało nic. Czym byłby tu pocałunek? Podziękowaniami? Wyjście naprzeciwko oczekiwań? Nie chciał im wychodzić naprzeciw. Dziwny zastój zobojętnienia mieszał się z niechęcią do przekroczenia w tym momencie granicy, którą Flynn starał się ryć tym nożem. Co zadziałoby się pod tą czupryną czarnych włosów, gdyby odpowiedział temu spojrzeniu swoim gestem? Tym upragnionym? Czy więc oczekiwanym?
Głupotą prawie doprowadził do innej amputacji i nie miała ona niczego wspólnego z ręką. Tak niewiele brakowało, żeby ta relacja została ucięta, odepchnięta. Laurent już miał dość tych wszystkich niedorzecznych obietnic i tej niepewności. Zawieszeń, bo jedna strona nie potrafiła opłacić ceny, której on w relacji potrzebował. Nikt nie był na to gotów, albo nie mógł uleżeć w tym bezruchu i utracić czucia - woleli się więc uwolnić. Nie miał im tego za złe. Nikomu nie miał tego za złe. Czemu ludzie tak wiele przepraszali? Ha... dlaczego ludzie przepraszali tak mało? Unosili się dumą, irytacją, a czasami zwykłe "przepraszam" potrafiło oczyścić atmosferę. Tutaj nie było przeprosin, nie spodziewał się ich wcale. Nie spodziewał się też żadnych słów, opowieści, pokrzepienia, czy pytań. Za to spodziewał się właśnie tych lepkich spojrzeń i lepkich gestów.
Odetchnął ciężko na to "nieważne".
- No tak. - Goryczka przykrywająca wszystko, co powinno być słodkie, urocze, miłe i ciepłe. Tych czterech elementów teraz w nim brakowało - za to gorycz można było odnaleźć. Jasne było to, że Flynnowi nie zależało na tej "jasności". Więc czy jemu powinno było zależeć? Teraz mógłby powiedzieć, że nie, nie powinno, albo że właściwie już mu nie zależy, ale to byłaby tylko wypadowa emocji. Bo zależało mu. Naprawdę zależało. - Nieważne. - Co było ważne? Nie pytał o to, bo przecież to też mogłoby się stać "nieważne". Tyle rzeczy działo się w tej pokręconej głowie, ale może już tylko sobie wmawiał, że za akcjami i działaniami Fleamonta kryło się cokolwiek więcej, a niektóre usłyszane zdania, które usłyszeć chciał, były tylko kłamstwami, żeby osiągnąć jakiś pokrętny cel.
- Crow? - Laurent nie tylko szybciej się podniósł, ale też przysunął, żeby objąć go ramionami i poklepać w plecy. Czy TO jest ważne? Zobojętnienie rozprysło się pod napływem zmartwienia i troski, gdy tak trzymał te drżące ramiona, jakby z obawy, że mężczyna się zaraz rozpadnie. Pa zabrzmiało jak fałsz pociągniętych strun skrzypiec. Pożegnanie, wygnanie, zerwanie zna... ach, nie. To tylko (albo aż) papierosy. Tak, w istocie. To było ważne... - Urocze słowa, dziękuję... Nie szkoda ci zamieniać tego zapachu na papierosy? - Nie powinien palić. Ten kaszel był paskudny, wyjątkowo paskudny. Nie był medykiem, wiele osób twierdziło, że właśnie tytoń pomaga na takie przypadłości, ale był do tego całkiem sceptycznie nastawiony. Jakoś nie słyszał, żeby w świecie magii tytoń sprawdzał się w jakichkolwiek medykamentach na drogi oddechowe. Przesunął palcami po jego rozczochranych włosach. - Nie lubię, kiedy dzieje ci się krzywda.