13.11.2024, 00:23 ✶
Chciałby, żeby mogli zostać w tamtej pozycji dłużej. Wtuleni w siebie, cisi, bezpieczni w obrębie swoich myśli. Znów coś powiedział i Laurent znów zareagował... źle. Ta scena traciła swój spokojny rytm, zamiast tego wzbudzała w nim niepokój. Kaszlenie było tymi kilkoma źle zagranymi nutami rujnującymi całą piosenkę. Crow robił się wyraźnie bardziej spięty - nabierał swojej zadziorności, wiecznie zirytowanego lub zmęczonego wyrazu twarzy. Nie odsunął się, ani kiedy tylko siedzieli obok siebie, ani kiedy Laurent objął go rękoma, ale coś wyraźnie się zmieniło.
Przestał milczeć. Wraz z napięciem na twarzy i w oczach najwyraźniej wrócił mu głos, potrzeba werbalizowania tego co chodziło mu po głowie. Przestało wystarczać bycie, trzeba było w tym byciu jeszcze funkcjonować. Jego policzki straciły nieco na kolorycie.
- Palę już ze dwadzieścia lat. Dla mnie jest za późno. Nigdy nie przestanę. - Przemawiała przez niego upartość, ale też świadomość własnych limitów. Właściwie jedynymi momentami, w których nie miał ochoty odpalić papierosa były te, w których miał w ustach coś zgoła innego i nie chodziło wcale o jedzenie. Nie przesadził też nadając swojemu uzależnieniu wiek - to było tak mocno wyryte w jego egzystencji - pierwszy raz widząc Madame Fontaine kopcił już tak intensywnie, że ciężko mu było przestać. - Po prostu muszę zapalić. - Po prostu. Tak po prostu było. Brnął w to, nie zamierzając nawet szukać innych dróg. Papierosy pomagały osobom takim jak on. Laurent by pewnie tego nie zrozumiał... Tego jak ważnym było dla Crowa mieć wymówkę do wyjścia, do zrobienia sobie przerwy, do kilku sekund na zaciągnięcie się, jednocześnie wykorzystywane do zebrania własnych myśli. Uzależnienie od papierosów było tolerowane w społeczeństwie, dawało przyzwolenie na opuszczenie grupy i schowanie się w cieniu. Było remedium na to drażniące uczucie podczas którego nie wiedziałeś co zrobić z rękoma. Nie zrozumiałby, nigdy by tego nie zrozumiał bo...
Kiedy stał się dla niego taki szorstki?
Zamrugał, próbując skupić się na dotyku. Bezwiednie chwycił drugą z jego dłoni i zaczął bawić się pierścionkiem, którym go obdarował. Przesunął głowę w dół - zamiast opierać się o jego skroń, oparł się o ramię, ukrywając w ten sposób oczy. Powiedział mu wczoraj, że zada mu tylko jedno pytanie. Nie był pewien, czy te słowa nadal powinny go obowiązywać. Poza tym to co chciał z siebie wydusić wcale nie dotyczyło ataku Astarotha. No i kogo to ostatecznie obchodziło?
Jesteś... na mnie zły?
To powinno być łatwe. Powinno, ale nie było. Odetchnął głęboko podniósł się i spojrzał na niego jeszcze raz. Z uśmiechem, tym perfidnym uśmiechem za którym ukrywał się już nie raz.
- Nie dam zrobić sobie krzywdy - powiedział, po czym pocałował go w policzek jeszcze raz i podniósł się z łóżka. To było szybkie, pewnie trochę za szybkie, co zdradzało go w tym, że nie wszystkie trybiki w jego głowie działały poprawnie. Stojąc przeciągnął się z wyjątkową gracją. Podciągnął spodnie, żeby znów siłować się z rozporkiem. Poprawił koszulkę, która i tak nie zasłaniała nawet połowy pleców. Wystający spod nich tatuaż czarnych skrzydeł lśnił w porannym słońcu wpadającym do środka przez szczelinę w zasuniętych kotarach.
Wrócił do tego łóżka, ale już nie po to, żeby położyć się obok. Sięgnął po nóż ukryty pod poduszką i schował go do specjalnej, przygotowanej na to kieszeni.
Przestał milczeć. Wraz z napięciem na twarzy i w oczach najwyraźniej wrócił mu głos, potrzeba werbalizowania tego co chodziło mu po głowie. Przestało wystarczać bycie, trzeba było w tym byciu jeszcze funkcjonować. Jego policzki straciły nieco na kolorycie.
- Palę już ze dwadzieścia lat. Dla mnie jest za późno. Nigdy nie przestanę. - Przemawiała przez niego upartość, ale też świadomość własnych limitów. Właściwie jedynymi momentami, w których nie miał ochoty odpalić papierosa były te, w których miał w ustach coś zgoła innego i nie chodziło wcale o jedzenie. Nie przesadził też nadając swojemu uzależnieniu wiek - to było tak mocno wyryte w jego egzystencji - pierwszy raz widząc Madame Fontaine kopcił już tak intensywnie, że ciężko mu było przestać. - Po prostu muszę zapalić. - Po prostu. Tak po prostu było. Brnął w to, nie zamierzając nawet szukać innych dróg. Papierosy pomagały osobom takim jak on. Laurent by pewnie tego nie zrozumiał... Tego jak ważnym było dla Crowa mieć wymówkę do wyjścia, do zrobienia sobie przerwy, do kilku sekund na zaciągnięcie się, jednocześnie wykorzystywane do zebrania własnych myśli. Uzależnienie od papierosów było tolerowane w społeczeństwie, dawało przyzwolenie na opuszczenie grupy i schowanie się w cieniu. Było remedium na to drażniące uczucie podczas którego nie wiedziałeś co zrobić z rękoma. Nie zrozumiałby, nigdy by tego nie zrozumiał bo...
Kiedy stał się dla niego taki szorstki?
Zamrugał, próbując skupić się na dotyku. Bezwiednie chwycił drugą z jego dłoni i zaczął bawić się pierścionkiem, którym go obdarował. Przesunął głowę w dół - zamiast opierać się o jego skroń, oparł się o ramię, ukrywając w ten sposób oczy. Powiedział mu wczoraj, że zada mu tylko jedno pytanie. Nie był pewien, czy te słowa nadal powinny go obowiązywać. Poza tym to co chciał z siebie wydusić wcale nie dotyczyło ataku Astarotha. No i kogo to ostatecznie obchodziło?
Jesteś... na mnie zły?
To powinno być łatwe. Powinno, ale nie było. Odetchnął głęboko podniósł się i spojrzał na niego jeszcze raz. Z uśmiechem, tym perfidnym uśmiechem za którym ukrywał się już nie raz.
- Nie dam zrobić sobie krzywdy - powiedział, po czym pocałował go w policzek jeszcze raz i podniósł się z łóżka. To było szybkie, pewnie trochę za szybkie, co zdradzało go w tym, że nie wszystkie trybiki w jego głowie działały poprawnie. Stojąc przeciągnął się z wyjątkową gracją. Podciągnął spodnie, żeby znów siłować się z rozporkiem. Poprawił koszulkę, która i tak nie zasłaniała nawet połowy pleców. Wystający spod nich tatuaż czarnych skrzydeł lśnił w porannym słońcu wpadającym do środka przez szczelinę w zasuniętych kotarach.
Wrócił do tego łóżka, ale już nie po to, żeby położyć się obok. Sięgnął po nóż ukryty pod poduszką i schował go do specjalnej, przygotowanej na to kieszeni.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.