13.11.2024, 00:27 ✶
I wtedy wreszcie coś go tknęło, kiedy zawiesił spojrzenie na linii drzew, ponuro wychylającej się zza budynków ciągnących przy uliczce. Knieja była tak blisko - niemalże na wyciągnięcie ręki. Nawet nie powinno go to dziwić, biorąc pod uwagę że jeszcze nie tak dawno robił sobie wzdłuż Wiśniowej spacer właśnie w kierunku gęstwiny, w ślad za podejrzanym panem Wkurwionym.
W ślad za coraz silniejszym przekonaniem co było nie tak, szło powoli topniejące uczucie rozpaczy, które jeszcze przed paroma chwilami zaatakowało ich gwałtownie. Całe szczęście, bo dzięki temu mógł z roztargnieniem przetrzeć dłonią twarz i mniej więcej zlokalizować problem. Atreus poruszył się, robiąc krok to w jedną, to w drugą stronę, jakby oczekując że wyłapie z której strony owiewało ich poczucie chłodu. Był dosłownie najgorszą do tego zadania osobą, biorąc pod uwagę tkwiące w nim zimno z limbo, ale jakoś dał radę i z pewnym zaskoczeniem uświadomił sobie, że to jego podrygiwanie prowadzi go w kierunku jednego z domów.
- Chodźcie - rzucił, obrzucając Thomasa i Isaaca pobieżnym spojrzeniem, jakby oczekując że skoro jemu minęło to im też powinno. Nawet jeśli oni sami nie mogli tego wiedzieć, to Bulstrode widział, jak smugi nieprzyjemnych kolorów powoli tracą w ich aurze na wyrazie. Dobrze. Znaczy, że wracali do normy.
Domek wydawał się niepozorny, ale co zwróciło uwagę aurora to znajdująca się przy nim klapa prowadząca do piwnicy. Zwyczajna, ale mimo tego po dokładniejszym przyjrzeniu się dało się zauważyć na niej szron, wskazujący na to że znajdowało się pod nią źródło zimna. Bulstrode westchnął, a potem spojrzał na swoim towarzyszy.
- Otworzę teraz klapę. Różdżki w pogotowiu i stójcie za mną - poinstruował ich, bo nawet jeśli był tutaj nie na służbie, to w kieszeni wciąż znajdowała się odznaka Biura Aurorów, która do czegoś tam zobowiązywała. Na przykład o brania odpowiedzialności za bezpieczeństwo innych.
A kiedy upewnił się że Figg i Bagshot faktycznie wyciągnęli różdżki, machnął swoją i otworzył klapę.
Ta skrzypnęła nieprzyjemnie, ale to nie było najgorsze, bo kiedy tylko drzwi opadły ciężko na zewnątrz, pokazując ziejącą ciemnością dziurę, coś się w niej poruszyło. Poczwara, o dziwnych, powykręcanych kończynach, które w towarzystwie przeszywającego krzyku uderzyły o ziemię i całe szczęście - w ucieczce w kierunku lasu.
W ślad za coraz silniejszym przekonaniem co było nie tak, szło powoli topniejące uczucie rozpaczy, które jeszcze przed paroma chwilami zaatakowało ich gwałtownie. Całe szczęście, bo dzięki temu mógł z roztargnieniem przetrzeć dłonią twarz i mniej więcej zlokalizować problem. Atreus poruszył się, robiąc krok to w jedną, to w drugą stronę, jakby oczekując że wyłapie z której strony owiewało ich poczucie chłodu. Był dosłownie najgorszą do tego zadania osobą, biorąc pod uwagę tkwiące w nim zimno z limbo, ale jakoś dał radę i z pewnym zaskoczeniem uświadomił sobie, że to jego podrygiwanie prowadzi go w kierunku jednego z domów.
- Chodźcie - rzucił, obrzucając Thomasa i Isaaca pobieżnym spojrzeniem, jakby oczekując że skoro jemu minęło to im też powinno. Nawet jeśli oni sami nie mogli tego wiedzieć, to Bulstrode widział, jak smugi nieprzyjemnych kolorów powoli tracą w ich aurze na wyrazie. Dobrze. Znaczy, że wracali do normy.
Domek wydawał się niepozorny, ale co zwróciło uwagę aurora to znajdująca się przy nim klapa prowadząca do piwnicy. Zwyczajna, ale mimo tego po dokładniejszym przyjrzeniu się dało się zauważyć na niej szron, wskazujący na to że znajdowało się pod nią źródło zimna. Bulstrode westchnął, a potem spojrzał na swoim towarzyszy.
- Otworzę teraz klapę. Różdżki w pogotowiu i stójcie za mną - poinstruował ich, bo nawet jeśli był tutaj nie na służbie, to w kieszeni wciąż znajdowała się odznaka Biura Aurorów, która do czegoś tam zobowiązywała. Na przykład o brania odpowiedzialności za bezpieczeństwo innych.
A kiedy upewnił się że Figg i Bagshot faktycznie wyciągnęli różdżki, machnął swoją i otworzył klapę.
Ta skrzypnęła nieprzyjemnie, ale to nie było najgorsze, bo kiedy tylko drzwi opadły ciężko na zewnątrz, pokazując ziejącą ciemnością dziurę, coś się w niej poruszyło. Poczwara, o dziwnych, powykręcanych kończynach, które w towarzystwie przeszywającego krzyku uderzyły o ziemię i całe szczęście - w ucieczce w kierunku lasu.