22.01.2023, 14:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.01.2023, 14:20 przez Mackenzie Greengrass.)
Kupić nową miotłę czy nie kupić nowej miotły, oto było pytanie.
Mackenzie nie zwracała uwagi na upał ani tłum. Jasne włosy ściągnęła w byle jaki kucyk, ubrania miała na sobie szare, dość znoszone i mało „czarodziejskie”, ale było za gorąco, aby na koszulkę narzucać szatę. Stała przed witryną, nie odrywając spojrzenia jasnych oczu od najnowszego modelu na wystawie, w głowie dokonując różnych skomplikowanych wyliczeń i kalkulacji. W teorii potrzebowała najlepszego sprzętu. Rok temu skończyła Hogwart, zaczęła grać w Harpiach i wiązała z tym całą swoją przyszłość. W dodatku istniała szansa na przejście do innej drużyny, na której zależało Greengrass znacznie bardziej i powinna pokazać się z jak najlepszej strony. W praktyce jednak miotła kupiona tuż po Hogwarcie na razie doskonale się sprawdzała, a ona nie zarabiała jeszcze na tyle, aby móc lekką ręką wydawać małą fortunę na sprzęt miotlarski. (Prawdę mówiąc starała się nie wydawać tych zarobków na nic, chyba że na prezenty dla matki.
W ręku trzymała swoją własną miotłę, a przez ramię miała przerzuconą torbę z rzeczami do quidditcha. Wracała z treningu i była na tyle głodna, że wyjątkowo postanowiła nie przyrządzać czegoś sama, a zjeść na mieście – ale oczywiście nowy model przyciągnął jej uwagę jak ogień przyciąga ćmę…
Drgnęła, kiedy ktoś wrzasnął tuż za jej plecami. Obróciła się w samą porę, aby zostać nazwaną „rozsądnym czarodziejem” i w wolną rękę dostać ulotkę, na którejś jakiś czarodziej lądował w błocie. Przypatrywała się obrazkowi z pewnym niezrozumieniem, w pierwszej chwili nawet nie dostrzegając Charliego. Dopiero gdy wypowiedział jej imię, zwrócił na siebie jej uwagę.
- O – stwierdziła elokwentnie. O ile niekoniecznie poznałaby wszystkich „kolegów i koleżanki” ze szkoły, to tych z drużyny już kojarzyła świetnie, a z Rokwoodem grała w drużynie dobre pięć lat. Przypatrywała się mu trochę zdziwiona, nie tyleż samym spotkaniem na Pokątnej (w gruncie rzeczy nic niezwykłego, ponoć wszystkie drogi biegły do Dziurawego Kotła, a Chalie chyba świeżo skończył Hogwart, o ile nic nie pomyliła), ile jego słowami.
Bo nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mówił.
- Cześć – mruknęła, spoglądając za typem roznoszącym ulotki. Dość rzadko patrzyła rozmówcom w twarze, a w dodatku w przypadku Charliego musiałaby zadzierać do tego głowę. W przeciwieństwie do niego z relacjami międzyludzkimi radziła sobie bardzo źle, ale w przypadku graczy było trochę lepiej niż gdy szło o resztę świata. – Taki miałam zamiar. Siąść gdzieś i zjeść. Jak wam poszły rozgrywki w zeszłym roku? – spytała, bo chociaż zostawiła za sobą Hogwart, Gryffindor i Puchar Domów nie wydawał się ani trochę ważny, to… no to był quidditch.
Zaraz jednak uniosła ulotkę, na której Leach spadał ze stołka. Sądząc po tym, co mówił Rokwood, prawdopodobnie wiedział, o co w tym wszystkim chodziło.
- Kim w ogóle jest Nobby Leach? – spytała, marszcząc czoło, absolutnie i kompletnie niezorientowana w tym temacie. Tak, Mackenzie nie wiedziała, kto był ich Ministrem Magii. Okres jego panowania przypadał głównie na jej pobyt w Hogwarcie, a ostatni rok zlewał się dla niej w nieustanny ciąg treningów, własnych ćwiczeń, meczy i prób utrzymania się w Londynie, gdy będąc w drużynie początkowo „na okres próbny”, wcale nie zarabiała bardzo wiele i musiała w dodatku pomagać matce. W gazetach czytała wyłącznie kolumnę sportową i to najczęściej w tych, które podebrała kolegom i koleżankom z Harpii.
Mackenzie nie zwracała uwagi na upał ani tłum. Jasne włosy ściągnęła w byle jaki kucyk, ubrania miała na sobie szare, dość znoszone i mało „czarodziejskie”, ale było za gorąco, aby na koszulkę narzucać szatę. Stała przed witryną, nie odrywając spojrzenia jasnych oczu od najnowszego modelu na wystawie, w głowie dokonując różnych skomplikowanych wyliczeń i kalkulacji. W teorii potrzebowała najlepszego sprzętu. Rok temu skończyła Hogwart, zaczęła grać w Harpiach i wiązała z tym całą swoją przyszłość. W dodatku istniała szansa na przejście do innej drużyny, na której zależało Greengrass znacznie bardziej i powinna pokazać się z jak najlepszej strony. W praktyce jednak miotła kupiona tuż po Hogwarcie na razie doskonale się sprawdzała, a ona nie zarabiała jeszcze na tyle, aby móc lekką ręką wydawać małą fortunę na sprzęt miotlarski. (Prawdę mówiąc starała się nie wydawać tych zarobków na nic, chyba że na prezenty dla matki.
W ręku trzymała swoją własną miotłę, a przez ramię miała przerzuconą torbę z rzeczami do quidditcha. Wracała z treningu i była na tyle głodna, że wyjątkowo postanowiła nie przyrządzać czegoś sama, a zjeść na mieście – ale oczywiście nowy model przyciągnął jej uwagę jak ogień przyciąga ćmę…
Drgnęła, kiedy ktoś wrzasnął tuż za jej plecami. Obróciła się w samą porę, aby zostać nazwaną „rozsądnym czarodziejem” i w wolną rękę dostać ulotkę, na którejś jakiś czarodziej lądował w błocie. Przypatrywała się obrazkowi z pewnym niezrozumieniem, w pierwszej chwili nawet nie dostrzegając Charliego. Dopiero gdy wypowiedział jej imię, zwrócił na siebie jej uwagę.
- O – stwierdziła elokwentnie. O ile niekoniecznie poznałaby wszystkich „kolegów i koleżanki” ze szkoły, to tych z drużyny już kojarzyła świetnie, a z Rokwoodem grała w drużynie dobre pięć lat. Przypatrywała się mu trochę zdziwiona, nie tyleż samym spotkaniem na Pokątnej (w gruncie rzeczy nic niezwykłego, ponoć wszystkie drogi biegły do Dziurawego Kotła, a Chalie chyba świeżo skończył Hogwart, o ile nic nie pomyliła), ile jego słowami.
Bo nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mówił.
- Cześć – mruknęła, spoglądając za typem roznoszącym ulotki. Dość rzadko patrzyła rozmówcom w twarze, a w dodatku w przypadku Charliego musiałaby zadzierać do tego głowę. W przeciwieństwie do niego z relacjami międzyludzkimi radziła sobie bardzo źle, ale w przypadku graczy było trochę lepiej niż gdy szło o resztę świata. – Taki miałam zamiar. Siąść gdzieś i zjeść. Jak wam poszły rozgrywki w zeszłym roku? – spytała, bo chociaż zostawiła za sobą Hogwart, Gryffindor i Puchar Domów nie wydawał się ani trochę ważny, to… no to był quidditch.
Zaraz jednak uniosła ulotkę, na której Leach spadał ze stołka. Sądząc po tym, co mówił Rokwood, prawdopodobnie wiedział, o co w tym wszystkim chodziło.
- Kim w ogóle jest Nobby Leach? – spytała, marszcząc czoło, absolutnie i kompletnie niezorientowana w tym temacie. Tak, Mackenzie nie wiedziała, kto był ich Ministrem Magii. Okres jego panowania przypadał głównie na jej pobyt w Hogwarcie, a ostatni rok zlewał się dla niej w nieustanny ciąg treningów, własnych ćwiczeń, meczy i prób utrzymania się w Londynie, gdy będąc w drużynie początkowo „na okres próbny”, wcale nie zarabiała bardzo wiele i musiała w dodatku pomagać matce. W gazetach czytała wyłącznie kolumnę sportową i to najczęściej w tych, które podebrała kolegom i koleżankom z Harpii.