Kota od człowieka różniło wiele rzeczy. Laurenta od kota dzieliło różnic mnóstwo. Nie kręcił się koło Flynna z niechęcią. A może jednak..? Kiedy spotykali się razem z Fontaine niewiele tam było kwestii chęci czy niechęci, za to było mnóstwo strachu, albo bardzo duża doza nieprzytomności, która podsycała jedne emocje, żeby zupełnie odciąć inne. Kręcił się wtedy i kręcił, ale przychodził - przecież musiał. W tych momentach przytomności, kiedy maska nie była w grze, widział drugą twarz człowieka, który żył z zabijania. Przez te krótkie chwile maska ta była na tyle kruszejąca, że było mu żal tego, co widział. Albo tylko dopowiadał to sobie z perspektywy czasu? Nie był tym kotem, który przyszedł i gotów był uciec pod byle poruszeniem się. Na pewno? Nie leżał wtulony we Flynna ze świadomością władzy - z myślą, że jeśli ten tylko drgnie to pójdzie poszukać sobie bardziej godnej Jego Królewskiej Mości poduszki. Fizycznie wszystko zdawało się być zaprzeczeniem do alegorii postawionej w głowie, lecz zrewidujmy fakty - czy nie wystarczyło teraz zbyt mocne drżenie, by ta śliczna bajka, której Wrona pragnęła w przeciągnięciu, zamieniła się w bardzo szybkie rozstanie? Pożegnanie z ciepłem, żeby przywitać się z zimnem. Skóra często rozgrzana do tego stopnia nie radziła sobie za dobrze z chłodem. Tym gorzej radziła sobie psychika, która chyba od dnia wczorajszego doznała zbyt małej ilości używek. Bądź upiła się drugą osobą. Potrzebujesz trochę więcej czasu, Flynn? Więcej kociego mruczenia, więcej miękkości pod dotykiem? Więcej kocich oczu, więcej łap ugniatających skórę, nawet jeśli rani pazurami? Boisz się ucieczki kota, czy boisz się zwyczajnie zostać sam? Przekierowanie uczuć wychodziło zadziwiająco łatwo, kiedy kotów było w bród do wyboru.
- Nie jest za późno. - Tutaj powinna nastąpić jakaś tyrada, jakiś słowotok, albo chociaż zmiękczenie, ale Laurent czuł bezradność. Skóra Flynna była miękka, ale jego mięśnie twardniały od napięcia - tak samo twardniała psychika stawiająca ściany, za którymi się chował. Wcześniej jej nie dotykał, a mimo to widział, jak wznoszą się te mury. Z piasku? Betonu? Był przekonany, że jeśli ktoś posiadał klucz do tego zamku to nie był to on. Chciał zapytać w pierwszym momencie dlaczego, czy to przez kaszel, czy może przez zdenerwowanie, które zaczął odczuwać, ale rozchylone wargi się zamknęły na moment. Czy jest sens pytania, skoro zapewne usłyszysz w odpowiedzi "nieważne"? - Dobrze, w porządku... - Przecież mu nie zabraniał, tymczasem ta ściana wystawiła w jego kierunku wilcze doły, a on poczuł się przy tym nieswojo. Tyle myśli, tyle zaprzeczeń, tyle niezrozumienia - chaos w głowie będący napędową do mówienia, a to mówienie prowadziło do zastanowienia, czy lepsze jednak nie było milczenie? Czy nie lepsze to krótkie nieważne. - To było tylko pytanie, Crow. Zwykłe pytanie... - Przesunął dłonią po jego ramieniu, żeby dać mu trochę przestrzeni. Człowiekowi, który szukał ciągle kontaktu, a jednocześnie potrafił tak mocno się dystansować mentalnie. Nawet chciał się odsunąć całkiem, ale ruch był tak powolny, że zmienił jego trajektorię na poprawienie swojego siedzenia i objęcia. Wszystko przez to, że Flynn również swoją pozycję zmienił i przylgnął do niego bardziej. Tak, jakby chciał się schować. Tylko przed czym? Przed kim? Pewnie przed samym sobą. Nikt nie mordował skuteczniej Fleamonta Bella niż Crow. Spoglądał znad tej czarnej czupryny na zabawę pierścionkiem - nerwową jego zdaniem.
- Nonsens. Co za kłamstwo... - Ręka straciła podparcie, chłód - to chłód - dystans. Powrót do codzienności. Powrót do norm. I cóż z tego, że żaden dzień nie będzie już taki sam? - Krzywdzisz samego siebie cały czas. - Chociażby paleniem, ale lista była o wiele dłuższa. Potrzebował jej wypunktowania? Laurent był w tak zdezelowanym nastroju, że mógł mu ją wymieniać bez krztyny wyrzutów sumienia i hamulców. Nawet jakby miał nim potem ze swojego wybuchu grzmotnąć w twarz, czy znowu skopać jak tamtego dnia w cyrku.
Śledził jego ruchy, dopóki ostrze nie błysnęło spod poduszki. To właśnie ten ruch? Ruch powodujący, że kot ucieka? Laurent zareagował prawie jak zaszczute zwierzę - podskoczył niemal, chowając głowę w ramionach. Tylko instynktu samozachawczego w tym brakowało - bo przecież przed zagrożeniem powinno się uciekać. A on tylko zgiął nogi w kolanach i oparł czoło o kolana nadal skryte częściowo pod ciepłą kołdrą.
Wdech. Wydech. Wdech. Wydech.
Rozluźnił się i ostrożnie podniósł wzrok na Flynna.