13.11.2024, 10:18 ✶
Było za późno. Było za późno z tylu cholernie sensownych powodów, przez które od wielu lat bardzo wiernie traktował się jako ktoś, kogo istnienie zwyczajnie nie było na tyle wartościowe, żeby się takimi rzeczami przejmować. Na pewno nie w momencie kiedy przejmował się tyloma innymi rzeczami naraz. Papierosy były tym, co przynosiło mu spokój, czego nie mógł powiedzieć o żadnym innym elemencie tego, co teraz przeżywał.
On tylko zadał pytanie. A Crow tylko na nie odpowiedział, ale po tonie głosu rozumiał, że odpowiedział źle. To nie było oczekiwane. Nie powinien mówić prawdy? A później słyszał, że kłamał i to też było złe. Wniosek z tego płynął bardzo prosty i naprawdę dobrze mu znany - nie powinien odzywać się wcale. Milczenie musiało być jakimś kluczem do jego szczęścia, ale przywilej trzymania gęby na kłódkę stracił już chwilę temu. Leżąc w tym łóżku wszystko wydawało się być takie w porządku, sensowne i na miejscu. Teraz ten porządek się sypał obnażając przegniłe fundamenty. Najgorsze w tym wszystkim było to, że widząc panikującego blondyna, zaciskając dłoń na uchwycie noża, nie pomyślał - o nie, przecież nie chciałem go wystraszyć. Pomyślał, że to dobrze. To dobrze, że umysły ludzi pamiętają co właściwie potrafiło zrobić to ostrze, z jaką łatwością przychodziło mu zatapianie go w miękkim ciele. Głupi pseudonim jaki sobie nadał przestawał być zabawny, kiedy docierało do ciebie do jak potwornych czynów był zdolny - wzbudzany na Ścieżkach respekt stanowił dobrą zasłonę dla wewnętrznego poczucia wybrakowania. Może nie potrafił odpowiadać dobrze na pytania i nie potrafił oddać mu się na wyłączność, ale mógł wykorzystać tę ciemność do sprawienia, że w sytuacji takiej jak ta, kiedy czuł się zupełnie bezbronny i zdany na cudzą łaskę, w rzeczywistości to on był tym który rozdawał karty.
Laurent nie podniósł wzroku na Flynna. Laurent ten wzrok na niego opuścił, bo Flynn klęczał przy łóżku i wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma. Nie z szoku. Nie z podziwu. Było w nich coś innego - ich wyraz był jednym z tych, które ciężko było odczytać i zastanawiałeś się co właściwie mogło chodzić mu po głowie.
- Jeżeli boisz się, że się zabiję to oszczędzę ci obaw i powiem - nie mam odwagi zrobić tego sam. Zabijanie innych ludzi jest łatwiejsze od zabicia siebie. - Analizował wyraz jego twarzy. To w jaki sposób Crow opierał się o materac sugerowało, że pomiędzy jego rękoma znajdowało się dla Laurenta miejsce - mógł się do niego zbliżyć i wpaść znów w te objęcia, ale ta energia była zupełnie inna. Nie było w tym już delikatności i ciszy, ale to przecież wciąż te same ręce, tak? - To nie jest groźba. Nie musisz się trząść. Wiesz o mnie tak dużo... Tak dużo aby móc znaleźć się w grupie ludzi, która nie potrafi już mnie tłumaczyć. Niewielu ludzi wierzących o mnie tyle potrafił okazać mi współczucie i ciepło. Nie mam powodów do tego żeby chcieć cię zniszczyć. - Zniszczenie było mocnym słowem, dobranym nie bez powodu. Chodziło mu po głowie bo w gruncie rzeczy... Większość ludzi wiedzących o nim tyle co Laurent właśnie to chciałoby z nim zrobić. Zniszczyć go.
Dźwięki z kuchni stawały się głośniejsze. Crow przymknął nieco oczy...
- Zostaniesz na śniadanie?
On tylko zadał pytanie. A Crow tylko na nie odpowiedział, ale po tonie głosu rozumiał, że odpowiedział źle. To nie było oczekiwane. Nie powinien mówić prawdy? A później słyszał, że kłamał i to też było złe. Wniosek z tego płynął bardzo prosty i naprawdę dobrze mu znany - nie powinien odzywać się wcale. Milczenie musiało być jakimś kluczem do jego szczęścia, ale przywilej trzymania gęby na kłódkę stracił już chwilę temu. Leżąc w tym łóżku wszystko wydawało się być takie w porządku, sensowne i na miejscu. Teraz ten porządek się sypał obnażając przegniłe fundamenty. Najgorsze w tym wszystkim było to, że widząc panikującego blondyna, zaciskając dłoń na uchwycie noża, nie pomyślał - o nie, przecież nie chciałem go wystraszyć. Pomyślał, że to dobrze. To dobrze, że umysły ludzi pamiętają co właściwie potrafiło zrobić to ostrze, z jaką łatwością przychodziło mu zatapianie go w miękkim ciele. Głupi pseudonim jaki sobie nadał przestawał być zabawny, kiedy docierało do ciebie do jak potwornych czynów był zdolny - wzbudzany na Ścieżkach respekt stanowił dobrą zasłonę dla wewnętrznego poczucia wybrakowania. Może nie potrafił odpowiadać dobrze na pytania i nie potrafił oddać mu się na wyłączność, ale mógł wykorzystać tę ciemność do sprawienia, że w sytuacji takiej jak ta, kiedy czuł się zupełnie bezbronny i zdany na cudzą łaskę, w rzeczywistości to on był tym który rozdawał karty.
Laurent nie podniósł wzroku na Flynna. Laurent ten wzrok na niego opuścił, bo Flynn klęczał przy łóżku i wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma. Nie z szoku. Nie z podziwu. Było w nich coś innego - ich wyraz był jednym z tych, które ciężko było odczytać i zastanawiałeś się co właściwie mogło chodzić mu po głowie.
- Jeżeli boisz się, że się zabiję to oszczędzę ci obaw i powiem - nie mam odwagi zrobić tego sam. Zabijanie innych ludzi jest łatwiejsze od zabicia siebie. - Analizował wyraz jego twarzy. To w jaki sposób Crow opierał się o materac sugerowało, że pomiędzy jego rękoma znajdowało się dla Laurenta miejsce - mógł się do niego zbliżyć i wpaść znów w te objęcia, ale ta energia była zupełnie inna. Nie było w tym już delikatności i ciszy, ale to przecież wciąż te same ręce, tak? - To nie jest groźba. Nie musisz się trząść. Wiesz o mnie tak dużo... Tak dużo aby móc znaleźć się w grupie ludzi, która nie potrafi już mnie tłumaczyć. Niewielu ludzi wierzących o mnie tyle potrafił okazać mi współczucie i ciepło. Nie mam powodów do tego żeby chcieć cię zniszczyć. - Zniszczenie było mocnym słowem, dobranym nie bez powodu. Chodziło mu po głowie bo w gruncie rzeczy... Większość ludzi wiedzących o nim tyle co Laurent właśnie to chciałoby z nim zrobić. Zniszczyć go.
Dźwięki z kuchni stawały się głośniejsze. Crow przymknął nieco oczy...
- Zostaniesz na śniadanie?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.