Flynn był jak wydmuszka, którą należało trzymać w swojej dłoni niczym najcenniejszy skarb. Był jak motyl, którego zamykasz w klatce palców i podziwiasz, chłoniesz jego estetykę, jego oryginalność, a potem wypuszczasz. Albo nie? Chcesz go dla siebie, chcesz go na wyłączność? Laurent nie zastanowił się nad tym, czego dokładnie chciał. Oczekiwania się rozpierzchły, bo godził się z faktami. Fakty zaś prezentowały się całkiem nieciekawie, kiedy chciałeś, żeby ktoś chociaż trochę się tobą zainteresował. Żeby pomógł, żeby był, żeby... żeby pozwolił sobie pomóc. Pogląd złych i dobrych odpowiedzi wydawał się tu kluczowy, chociaż wcale nie było pacania po łapach, to nie było złe - a może to odpowiedź Laurenta po prostu była zła? I tak chwieje się nam ta trzymana przez Temidę waga. Kto ma rację?
W świecie niemych nie było racji w niczyich słowach.
Złe było za to spojrzenie, które napotkał. Nie dlatego, że się go bał, że to Crow wzbudził w nim strach samą swoją osobą. Ono było złe, bo nie było w nim ciepła, pocieszenia, nie było żadnego ukojenia. Było obce, puste i dopiero teraz wzbudzające właśnie to - strach do jego własnej osoby. Zacisnął palce na kołdrze, ale zdradliwie drżące dłonie postanowiły uzewnętrznić niepokój w bardziej wyraźnej dawce - zadrżał cały. To absolutne zmęczenie twarzy nie przykrywane było jednak przerażeniem, a tą goryczą. Żalem. W małych uncjach wydawane na zewnątrz, przebijające się jak sprężyna starego materaca.
- Nie boję się ciebie. - Tylko skąd miałby o tym wiedzieć? Przyzwyczajony do tego strachu wyczuwał go jak każdy drapieżnik i reagował na niego instynktownie. Laurent nie wyciągnął do niego ramion, żeby się przytulił. Za to wyciągnął powoli rękę, żeby oprzeć dłoń na jego potarganej fryzurze i przesunąć ją czule kilka razy. Drugą ułożył na swojej klatce piersiowej, bo ucisk w niej był nieznośny. - Rozumiem, że nie miałeś niczego złego na myśli. Dziękuję, że o mnie dbasz. - Rozumiał to. Tak mu się przynajmniej wydawało, że rozumiał, dlaczego był pod tą poduszką nóż. Że rozumiał te instynkty obronne, które były w niego głęboko wbite. Przez Fontaine, a może przez jeszcze inne osoby, z którymi się spotykał i wiązał swoje życie. Niby wiedział, że nie użyłby tego noża przeciwko niemu, ale i Bóg wie, że emocje nie były prostą sprawą, a logika w nich całkowicie umierała. Inaczej pewnie od samego początku nie chciałby mieć niczego wspólnego z Edgem. Chciał i nie chciał zarazem mu wyjaśniać, co tutaj zaszło. Chciał go nawet przeprosić za swoją reakcję - niekontrolowaną. Ale Edge tego nie lubił, tyle razy powtarzał, żeby tego nie robił... Więc było głaskanie. Jakby to Edga trzeba było tutaj uspakajać. W gruncie rzeczy Laurent tak uspakajał też samego siebie.
- Nie. Brzydko wyglądam. Nie chcę, żeby inni mnie takim widzieli. - Takiego nieidealnego, takiego słabego, nieporadnego i wystraszonego.