13.11.2024, 23:36 ✶
Nie miał nic złego na myśli? Właśnie mówił o... swoich morderstwach. O samobójstwie. O uzależnieniach. O braku potrzeby czucia strachu, chociaż uderzył go już nie raz i Laurent raczej nie miał powodów do sądzenia, że nie zrobi tego znowu kiedy tylko puszczą mu nerwy, a przecież te nerwy puszczały mu ciągle. Dziwny dobór słów, ale przecież już kilka razy doszedł dzisiaj do wniosku, że słowa były narzędziem bardzo ubogim i prowadziły do konfliktów.
Przymilał się do jego dłoni jakby to wszystko nie miało większego znaczenia. Robił się na to chyba troszkę za stary - to był schyłek jego dobrej formy, a on zachowywał się jak dzieciak, Crow absolutnie nie potrafił tego powstrzymać. Tam gdzie w innych budził się głos rozsądku, on po zażartej walce z własną psychiką i tak decydował się na robienie rzeczy, które mu pasowały, a nie rzeczy jakich od niego oczekiwano. Niby mówił, co pewnie było jakimś krokiem w stronę wzajemnego zrozumienia, ale też stracił nieco czaru - przestał wstrzymywać się przed niektórymi gestami, zakupując złudzenie o przyjacielskości tego co robił. Pokierował tym tak, żeby smukłe palce zsunęły się z jego włosów i opadły na policzek, którym przesunął wzdłuż wierzchu dłoni. Ale to nie był koniec - Crow dążył do kolejnych pocałunków wzdłuż knykci, rozważał złapanie ich zębami, ale nie zrobił tego. Dźwięki rozkładanych na stole talerzy były zbyt wyraźne, żeby mógł je zignorować.
- Cóż - pomijając fakt, że Laurent w swoich najgorszych momentach wyglądał o stokroć lepiej niż większość znanych mu ludzi w swoich najlepszych - mogę odstawić cię tam gdzie chcesz się znaleźć, ale nie wypada nie przywitać się z ludźmi, w których mieszkaniu spałeś. Chciałem zaproponować, że pomasuję ci-
Urwał, bo zgodnie z jego oczekiwaniem po pokoju rozległ się dźwięk pukania. Nikt nie czekał szczególnie długo przed naciśnięciem klamki. Crow odwrócił głowę w kierunku otwartych drzwi, w których stał wysoki, szczupły mężczyzna ubrany bardzo podobnie do Laurenta. W długich włosach zawiązanych niedbale na czubku głowy znajdował się pojedynczy kwiatek z bibuły, wyraźnie zrobiony przez dziecko. Jeżeli chłopak miał pamięć do twarzy musiał rozpoznać w nim barmana, któremu przekazał ostatnio wiadomość.
- Słyszałem to i naprawdę nie chciałem poznać zakończenia, więc wjebałem się tu na siłę. Wstawajcie bo ten dureń nie dopierze spodni. - Mężczyzna nie wyglądał na złego - bardziej rozbawionego, szczególnie tym jak Crow wywrócił oczami podnosząc się z podłogi.
- Chodź - wystawił do Laurenta rękę, chociaż ten pewnie nie potrzebował już pomocy żeby wstać. Mimo wszystko wolał mieć w tym całkowitą pewność. Nie zamierzał ścielić łóżka ani niczego tutaj sprzątać - zwyczajnie wyprowadził blondyna do kuchni, a konkretniej mówiąc do stołu przy którym siedział wczoraj. Dzisiaj wydawał się o wiele bardziej żywy - po jednej jego stronie zasiadał wspomniany wcześniej barman, po drugiej jego synowie. Na oparciu krzesła nie znajdował się już fartuch pielęgniarki, nie przewidziano też dodatkowego talerza - Cory najwyraźniej już tutaj nie było.
Zapewne wypadało ich sobie przedstawić, ale on tego nie zrobił. Mężczyzna sam podniósł się z miejsca na którym usiadł, kiedy Crow i Laurent zbierali się z sypialni i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń.
- John. - Jego uścisk należał do tych zdecydowanych i chłodnych, jednak w oczach błyszczały mu iskry ciepła. - A to są Alfred i Joseph.
To jak bardzo musiał iść do toalety zdecydowanie nie pasowało do prezentowanego, znudzonego wyrazu twarzy. Potrzeba zapalenia była jednak silniejsza - w tym właśnie momencie spojrzał to na Laurenta, to sugestywnie w kierunku łazienki. O co dokładnie próbował zapytać go spojrzeniem, chociaż wzajemne zrozumienie wychodziło im koszmarnie, tego pewnie nie wiedział nawet on.
Przymilał się do jego dłoni jakby to wszystko nie miało większego znaczenia. Robił się na to chyba troszkę za stary - to był schyłek jego dobrej formy, a on zachowywał się jak dzieciak, Crow absolutnie nie potrafił tego powstrzymać. Tam gdzie w innych budził się głos rozsądku, on po zażartej walce z własną psychiką i tak decydował się na robienie rzeczy, które mu pasowały, a nie rzeczy jakich od niego oczekiwano. Niby mówił, co pewnie było jakimś krokiem w stronę wzajemnego zrozumienia, ale też stracił nieco czaru - przestał wstrzymywać się przed niektórymi gestami, zakupując złudzenie o przyjacielskości tego co robił. Pokierował tym tak, żeby smukłe palce zsunęły się z jego włosów i opadły na policzek, którym przesunął wzdłuż wierzchu dłoni. Ale to nie był koniec - Crow dążył do kolejnych pocałunków wzdłuż knykci, rozważał złapanie ich zębami, ale nie zrobił tego. Dźwięki rozkładanych na stole talerzy były zbyt wyraźne, żeby mógł je zignorować.
- Cóż - pomijając fakt, że Laurent w swoich najgorszych momentach wyglądał o stokroć lepiej niż większość znanych mu ludzi w swoich najlepszych - mogę odstawić cię tam gdzie chcesz się znaleźć, ale nie wypada nie przywitać się z ludźmi, w których mieszkaniu spałeś. Chciałem zaproponować, że pomasuję ci-
Urwał, bo zgodnie z jego oczekiwaniem po pokoju rozległ się dźwięk pukania. Nikt nie czekał szczególnie długo przed naciśnięciem klamki. Crow odwrócił głowę w kierunku otwartych drzwi, w których stał wysoki, szczupły mężczyzna ubrany bardzo podobnie do Laurenta. W długich włosach zawiązanych niedbale na czubku głowy znajdował się pojedynczy kwiatek z bibuły, wyraźnie zrobiony przez dziecko. Jeżeli chłopak miał pamięć do twarzy musiał rozpoznać w nim barmana, któremu przekazał ostatnio wiadomość.
- Słyszałem to i naprawdę nie chciałem poznać zakończenia, więc wjebałem się tu na siłę. Wstawajcie bo ten dureń nie dopierze spodni. - Mężczyzna nie wyglądał na złego - bardziej rozbawionego, szczególnie tym jak Crow wywrócił oczami podnosząc się z podłogi.
- Chodź - wystawił do Laurenta rękę, chociaż ten pewnie nie potrzebował już pomocy żeby wstać. Mimo wszystko wolał mieć w tym całkowitą pewność. Nie zamierzał ścielić łóżka ani niczego tutaj sprzątać - zwyczajnie wyprowadził blondyna do kuchni, a konkretniej mówiąc do stołu przy którym siedział wczoraj. Dzisiaj wydawał się o wiele bardziej żywy - po jednej jego stronie zasiadał wspomniany wcześniej barman, po drugiej jego synowie. Na oparciu krzesła nie znajdował się już fartuch pielęgniarki, nie przewidziano też dodatkowego talerza - Cory najwyraźniej już tutaj nie było.
Zapewne wypadało ich sobie przedstawić, ale on tego nie zrobił. Mężczyzna sam podniósł się z miejsca na którym usiadł, kiedy Crow i Laurent zbierali się z sypialni i wyciągnął przed siebie otwartą dłoń.
- John. - Jego uścisk należał do tych zdecydowanych i chłodnych, jednak w oczach błyszczały mu iskry ciepła. - A to są Alfred i Joseph.
To jak bardzo musiał iść do toalety zdecydowanie nie pasowało do prezentowanego, znudzonego wyrazu twarzy. Potrzeba zapalenia była jednak silniejsza - w tym właśnie momencie spojrzał to na Laurenta, to sugestywnie w kierunku łazienki. O co dokładnie próbował zapytać go spojrzeniem, chociaż wzajemne zrozumienie wychodziło im koszmarnie, tego pewnie nie wiedział nawet on.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.