13.11.2024, 22:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2025, 19:16 przez Alexander Mulciber.)
List opatrzony pieczęcią Mulciberów trafił do Lecznicy Dusz w godzinach rannych, 30 sierpnia 1972 roku.
Donaldzie,
Znowu miałem sen o Tobie. Zabawna rzecz, te sny: koszmar gonił koszmar, a brat gonił brata. Pamiętasz, jak byliśmy dziećmi i graliśmy w berka, ganiając się wokół ognisk Lithy, czy to też mi się przyśniło? Ostatnio często budzi mnie swąd dymu, a w moich snach goszczą na zmianę ogień i woda: nie mogę zapomnieć smrodu rozkładającego się truchła, które paliłem w Windermere, trzasku płomieni, pochłaniających ciała żywych trupów, biorących swój rodowód z odmętów skażonego czarną magią jeziora. Smród szpitala jest jeszcze gorszy – wiem, że byś się ze mną zgodził, choć nigdy nie lubiłeś się ze mną zgadzać – medycy mówili mi, że nabawiłeś się jakiejś odleżyny, a ja mogłem myśleć tylko o gnijącej tkance, złuszczającej się z kości topielców w Windermere, i o tym przeklętym smrodzie... Czy to boli, Donaldzie? Nie martw się, zadbałem o wszystko, ci uczeni w tajnikach magomedycyny szarlatani obiecali mi, że jakoś Cię połatają. Ja i Diana codziennie modlimy się o Twój rychły powrót do zdrowia. Chciałbym Cię odwiedzić, ale bardzo absorbuje mnie teraz praca w Departamencie Tajemnic i rodzinne powinności.
Chciałbym Cię odwiedzić, żeby zobaczyć, jak cierpisz. Chciałbym być obok i patrzeć, jak musisz polegać na pomocy innych, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Chciałbym, żebyś wiedział, Donaldzie, że póki żyję, nie zaznasz spokoju. Mój głos będzie za Tobą gnał jak wicher dmiący na wrzosowiskach Yorkshire. Mój głos będzie Cię ścigał aż na dno piekła, które jest Ci pisane. Mój głos – ten, który jest Ci tak nienawistny, Ty przeklęty po stokroć Diable.
Napiszę znowu za tydzień. Nie wiem, po co wciąż to robię, nienawidzę do Ciebie pisać, zawsze nienawidziłem widoku sowy, która przynosiła ten Twój jebany cotygodniowy list z twoimi jebanymi słowami spisany twoją jebaną ręką twoim jebanym charakterem pisma jebany raport z twojego jebanego życia zawsze punktualnie co do dnia godziny minuty co do jebanej sekundy trudno jednak pozbyć się starych nawyków: zwłaszcza, kiedy wiem, że nie możesz mi odpisać. Nigdy już nie dostanę od Ciebie żadnego listu, Donaldzie, ale Ty – Ty dostaniesz list ode mnie, cały stos listów. Magomedycy mówili, że istnieje nadzieja, że słyszysz, co się do Ciebie mówi, co dzieje się wokół Ciebie: punktualnie co tydzień usłyszysz więc te same słowa – punktualnie co do dnia, co do godziny, co do minuty, co do sekundy – "Donaldzie, przyszedł list od Twojego brata".
Ach tak, Robert przedwczoraj umarł. Cios, na który nikt z rodu nie był gotowy. Powinien obinstalowywać sobie nowy garnitur, a nie drewnianą jesionkę. Tylko czterdzieści pięć lat na karku... Ty skończyłeś tego samego dnia czterdzieści siedem. Wszystkich nas przeżyjesz, bracie.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Otworzywszy kopertę, można było znaleźć w środku tylko trochę dziwnego prochu, który zaraz zresztą ulotnił się nie wiadomo gdzie. Alexander zaklął drugą kartkę listu tak, by rozpadła się w momencie, w którym dłoń dotknęła zabezpieczonej zaklęciem przesyłki. Ocalały tylko dwie kartki, pierwsza i trzecia, ta najważniejsza – ta, na której naskrobano życzenia urodzinowe i informację o śmierci Roberta. List trafił do Donalda Mulcibera przebywającego w Lecznicy Dusz. Wystarczyło otworzyć przesyłkę w sali chorego, aby ta przemówiła spokojnym, nieco monotonnym głosem Alexandra: cotygodniowy rytuał, do którego zachęcali zajmujący się mężczyzną magomedycy.
Mulciber Manor, 30 VIII 1972 r.
Donaldzie,
Znowu miałem sen o Tobie. Zabawna rzecz, te sny: koszmar gonił koszmar, a brat gonił brata. Pamiętasz, jak byliśmy dziećmi i graliśmy w berka, ganiając się wokół ognisk Lithy, czy to też mi się przyśniło? Ostatnio często budzi mnie swąd dymu, a w moich snach goszczą na zmianę ogień i woda: nie mogę zapomnieć smrodu rozkładającego się truchła, które paliłem w Windermere, trzasku płomieni, pochłaniających ciała żywych trupów, biorących swój rodowód z odmętów skażonego czarną magią jeziora. Smród szpitala jest jeszcze gorszy – wiem, że byś się ze mną zgodził, choć nigdy nie lubiłeś się ze mną zgadzać – medycy mówili mi, że nabawiłeś się jakiejś odleżyny, a ja mogłem myśleć tylko o gnijącej tkance, złuszczającej się z kości topielców w Windermere, i o tym przeklętym smrodzie... Czy to boli, Donaldzie? Nie martw się, zadbałem o wszystko, ci uczeni w tajnikach magomedycyny szarlatani obiecali mi, że jakoś Cię połatają. Ja i Diana codziennie modlimy się o Twój rychły powrót do zdrowia. Chciałbym Cię odwiedzić, ale bardzo absorbuje mnie teraz praca w Departamencie Tajemnic i rodzinne powinności.
–––
Chciałbym Cię odwiedzić, żeby zobaczyć, jak cierpisz. Chciałbym być obok i patrzeć, jak musisz polegać na pomocy innych, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu. Chciałbym, żebyś wiedział, Donaldzie, że póki żyję, nie zaznasz spokoju. Mój głos będzie za Tobą gnał jak wicher dmiący na wrzosowiskach Yorkshire. Mój głos będzie Cię ścigał aż na dno piekła, które jest Ci pisane. Mój głos – ten, który jest Ci tak nienawistny, Ty przeklęty po stokroć Diable.
Napiszę znowu za tydzień. Nie wiem, po co wciąż to robię, nienawidzę do Ciebie pisać, zawsze nienawidziłem widoku sowy, która przynosiła ten Twój jebany cotygodniowy list z twoimi jebanymi słowami spisany twoją jebaną ręką twoim jebanym charakterem pisma jebany raport z twojego jebanego życia zawsze punktualnie co do dnia godziny minuty co do jebanej sekundy trudno jednak pozbyć się starych nawyków: zwłaszcza, kiedy wiem, że nie możesz mi odpisać. Nigdy już nie dostanę od Ciebie żadnego listu, Donaldzie, ale Ty – Ty dostaniesz list ode mnie, cały stos listów. Magomedycy mówili, że istnieje nadzieja, że słyszysz, co się do Ciebie mówi, co dzieje się wokół Ciebie: punktualnie co tydzień usłyszysz więc te same słowa – punktualnie co do dnia, co do godziny, co do minuty, co do sekundy – "Donaldzie, przyszedł list od Twojego brata".
–––
Ach tak, Robert przedwczoraj umarł. Cios, na który nikt z rodu nie był gotowy. Powinien obinstalowywać sobie nowy garnitur, a nie drewnianą jesionkę. Tylko czterdzieści pięć lat na karku... Ty skończyłeś tego samego dnia czterdzieści siedem. Wszystkich nas przeżyjesz, bracie.
Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Twój kochający brat,
Alexander
Otworzywszy kopertę, można było znaleźć w środku tylko trochę dziwnego prochu, który zaraz zresztą ulotnił się nie wiadomo gdzie. Alexander zaklął drugą kartkę listu tak, by rozpadła się w momencie, w którym dłoń dotknęła zabezpieczonej zaklęciem przesyłki. Ocalały tylko dwie kartki, pierwsza i trzecia, ta najważniejsza – ta, na której naskrobano życzenia urodzinowe i informację o śmierci Roberta. List trafił do Donalda Mulcibera przebywającego w Lecznicy Dusz. Wystarczyło otworzyć przesyłkę w sali chorego, aby ta przemówiła spokojnym, nieco monotonnym głosem Alexandra: cotygodniowy rytuał, do którego zachęcali zajmujący się mężczyzną magomedycy.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat