14.11.2024, 01:06 ✶
W oczach Laurenta bycie pełnym klasy i uprzejmym było zapewne podstawą egzystencji. Crow nie uprzedził go w żaden sposób, że w tej przestrzeni nie musiał się tam zachowywać i odrobinę tego pożałował, bo jego przyjaciel nieświadomie jaką szkodę mógł tym wyrządzić zaśmiał się lekko.
- Jezu Chryste... Nie wiem gdzie Crow cię wyrwał, dostał się kanałami do Pałacu Buckingham czy co? Zgubiłeś się przy śmietniku i cię znalazł? Gdybym wiedział, że coś tu przyprowadzi, to bym wyciągnął z komody szkło po prababce.
Crow cmoknął ustami z dezaprobatą.
- Nie słuchaj tego starego komucha, dla niego jeansy to ubiór wyjściowy do Ritza - burknął, a później dał się Laurentowi chwycić wygodnej swojego ramienia i znowu przekazał coś spojrzeniem - ale tym razem skierował je do Johna. Kłócili się niemo, żywo gestykulując przy tym rękoma, zupełnie jakby wymieniali się argumentami. Ostatecznie John rozłożył ręce bezradnie, a jeden z jego synów, ten starszy, parsknął głośno. Ewidentnie nikt nie zwrócił uwagi na to, że Laurent prawdopodobnie nie miał pojęcia kim był mesjasz mugolskiej religii, co to znaczy „komuch”, że niewiele musiała dla niego znaczyć królowa Wielkiej Brytanii.
Stanął z nim pod tą łazienką i... Czekał. Minęło kilka naprawdę długich sekund nim zamrugał i zapytał:
- Nie wchodzisz?
Czyli nie udało mu się zgrabnie, jak na adoratora damy przystało, zapytać „dyskretnie” czy nie chciała przypudrować noska po tym jak wychlała szklankę wody niczym człowiek zaginiony od doby na pustyni? Jeszcze raz dzisiaj wywrócił oczami.
- To se poczekasz.
I to on zniknął za drzwiami łazienki. Był już przy drzwiach i chyba nawet musnął palcem klamkę, ale wtedy cofnął się do zlewu i umył ręce.
Kiedy wrócili, John majstrował coś przy adapterze, na co Crow pobudził się lekko i zaczął wydawać dźwięki, jakby sobie o czymś nagle przypomniał, ale nie do końca, miał to na końcu języka...
- Ej, a masz... - zwrócił się do niego, ale bardzo szybko przekierował wzrok na Laurenta - najnowszą płytę Bowiego? - Odpowiedział mu inny dźwięk, znów żadne słowo, krótkie mmmm wyrażające głębokie zrozumienie.
- Masz dobry gust Laurencie Prewettcie - rzucił w ich kierunku, kompletnie nieświadomy tego, że Crow chciał pokazać mu przy okazji piosenkę, którą nucił na tegorocznym Lammas. Mężczyzna musiał założyć coś innego, jakąś wspólną niewypowiedzianą historię związaną albumem, który powoli podbijał cały Londyn. - Nawet nie próbujcie się wykręcić, muszę się dowiedzieć skąd wziął się pseudonim Flynn.
Podprowadził go pod krzesło. Nim sam usiadł, pomógł mu je zająć i bezwiednie przejechał palcami nieopodal miejsca ugryzionego przez wampira.
- Jezu Chryste... Nie wiem gdzie Crow cię wyrwał, dostał się kanałami do Pałacu Buckingham czy co? Zgubiłeś się przy śmietniku i cię znalazł? Gdybym wiedział, że coś tu przyprowadzi, to bym wyciągnął z komody szkło po prababce.
Crow cmoknął ustami z dezaprobatą.
- Nie słuchaj tego starego komucha, dla niego jeansy to ubiór wyjściowy do Ritza - burknął, a później dał się Laurentowi chwycić wygodnej swojego ramienia i znowu przekazał coś spojrzeniem - ale tym razem skierował je do Johna. Kłócili się niemo, żywo gestykulując przy tym rękoma, zupełnie jakby wymieniali się argumentami. Ostatecznie John rozłożył ręce bezradnie, a jeden z jego synów, ten starszy, parsknął głośno. Ewidentnie nikt nie zwrócił uwagi na to, że Laurent prawdopodobnie nie miał pojęcia kim był mesjasz mugolskiej religii, co to znaczy „komuch”, że niewiele musiała dla niego znaczyć królowa Wielkiej Brytanii.
Stanął z nim pod tą łazienką i... Czekał. Minęło kilka naprawdę długich sekund nim zamrugał i zapytał:
- Nie wchodzisz?
Czyli nie udało mu się zgrabnie, jak na adoratora damy przystało, zapytać „dyskretnie” czy nie chciała przypudrować noska po tym jak wychlała szklankę wody niczym człowiek zaginiony od doby na pustyni? Jeszcze raz dzisiaj wywrócił oczami.
- To se poczekasz.
I to on zniknął za drzwiami łazienki. Był już przy drzwiach i chyba nawet musnął palcem klamkę, ale wtedy cofnął się do zlewu i umył ręce.
Kiedy wrócili, John majstrował coś przy adapterze, na co Crow pobudził się lekko i zaczął wydawać dźwięki, jakby sobie o czymś nagle przypomniał, ale nie do końca, miał to na końcu języka...
- Ej, a masz... - zwrócił się do niego, ale bardzo szybko przekierował wzrok na Laurenta - najnowszą płytę Bowiego? - Odpowiedział mu inny dźwięk, znów żadne słowo, krótkie mmmm wyrażające głębokie zrozumienie.
- Masz dobry gust Laurencie Prewettcie - rzucił w ich kierunku, kompletnie nieświadomy tego, że Crow chciał pokazać mu przy okazji piosenkę, którą nucił na tegorocznym Lammas. Mężczyzna musiał założyć coś innego, jakąś wspólną niewypowiedzianą historię związaną albumem, który powoli podbijał cały Londyn. - Nawet nie próbujcie się wykręcić, muszę się dowiedzieć skąd wziął się pseudonim Flynn.
Podprowadził go pod krzesło. Nim sam usiadł, pomógł mu je zająć i bezwiednie przejechał palcami nieopodal miejsca ugryzionego przez wampira.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.