Starał się zachować pełną klasę, ale oczy i tak szerzej mu się otwierały, kiedy słyszał każde kolejne słowo. Zagubiony przy śmietniku? Kanały? Coś ? Mało dawała świadomość, która przychodzi po fakcie, że ten człowiek na pewno nie miał niczego złego na myśli, skoro teraz zetknięcie się z tym było jak kubeł zimnej wody. Laurent przesunął swoje ręce za plecy, żeby tam nerwowo zacisnąć palce, wbić paznokcie w skórę i odnowić przygasły na moment uśmiech. Czego nie mógł jednak ukryć to braku zrozumienia dla słów, jakie tutaj padały. A słowa Flynna wcale tego nie poprawiły. Zrozumiał tylko pierwszą część wypowiedzi - żeby go nie słuchać. Chciał powiedzieć, że to przecież kolejny nonsens - nie słuchać gospodarza... Ale coś mu zdążyło podpowiedzieć, że to nie będzie najlepsze do powiedzenia.
Pożałował jeszcze bardziej, że jednak nie kazał się od razu zaprowadzić do domu, kiedy nastała ta dyskomfortowa wymiana... Zdań. Gestów? Niemy h zdań za pomocą gestów. Ten dyskomfort rozregulował jego oddech, chociaż starał się jak najbardziej nie dać po sobie poznać, że cokolwiek się dzieje. Był tu tak bardzo niepasującym elementem, jak tylko się dało. Być może dokładnie tak samo jak Flynn na weselu Perseusza.
- Och... - O tym nie pomyślał wcale. Że Flynn pomyślał w tej kategorii dla niego. Na szczęście, albo nieszczęście, myślał za wolno, żeby się przedrzeźniać o to. - Nie chcesz zapalić..? - Zapytał, kiedy Flynn wyszedł z łazienki i zanim sam się do niej na chwilę wsunął. Bo naprawdę sądził, że to o to chodzi, a cała reszta jest tylko pretekstem.
Potem Laurent obrał taktykę większego milczenia. Głównie po to, żeby spróbować się chociaż dostosować, dopasować, żeby wyczuć to miejsce i jego mieszkańców. Uśmiechnął się ślicznie do dwójki ciekawskich dzieci, które co rusz na niego zerkały, ale dopiero pytanie Flynna sprawiło, że jego mimika zyskała kilka gram autentyczności. Ożywienie. Tak, tak jak ożywił się Flynn, tak jakąś iskra nadziei zapaliła się w końcu w zmatowiałych od obudzenia oczach Laurenta.
- Mam taką ambicję, by nauczyć się śpiewać jedną z piosenek. - Bardzo wątpił w kwestię dobrego gustu, ale nie zamierzał tego podważać i wchodzić w dyskusję - bo nie miał pojęcia nawet, czego się spodziewać. I jakoś wątpił, by jego umiłowanie do opery było tutaj... Punktem zbieżnym.
Usiadł na krześle i napiął się od dotyku na wrażliwej skórze - z nerwowości, nie bólu. Spojrzał na moment na Flynna, nim przeniósł spojrzenie znów na gospodarza. Gospodarza, którego nie rozpoznał, bo to nie on zanosił wiadomość. Zaniósł ją w jego imieniu Alexander.
- Muzyka jest waszym wspólnym mianownikiem..? - Spróbował postawić malutki krok w celu jakiegokolwiek podtrzymania rozmowy.