Przecież nie będę palił w kiblu.
Te słowa musiały do Laurenta wrócić dokładnie w tym momencie, w którym po kuchni poniósł się dźwięk pierwszych nut The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, a Crow usiadł na krześle i wyciągnął paczkę papierosów. W ogóle nie krępował się z tym, żeby odpalić fajkę w pomieszczeniu, chociaż tuż obok siedziała dwójka dzieci. John zmierzył go spojrzeniem, po czym powiedział:
- Cora nienawidzi kiedy ktoś pali w kuchni.
Ale te słowa najwyraźniej nie miały żadnego znaczenia, bo od razu sięgnął do trzymanej przez Crowa paczki i poczęstował się jednym. Kiedy siadał przy stole, końcówka papierosa rozbłysła snopem iskier. Najpewniej rozpalił go właśnie Crow, ale wyszło im to tak płynnie, że komuś kto nie znał jego możliwości, prawdopodobnie trudno byłoby ocenić co właściwie się stało. Zaciągnął się dymem, dmuchnął nim w sufit, a później wstał jak oparzony bo sobie o czymś przypomniał. Otworzył szeroko zamknięte okna, po czym przeszedł się jeszcze raz do komody z adapterem i wyciągnął z niej plik listów i zeszyt. Nim wrócił na swoje miejsce, rzucił je przed cyrkowcem na blat, ten zaś westchnął i zaczął otwierać je nożem. Dla kogoś o niskiej percepcji, zdawał się kompletnie niezainteresowany tocząca się rozmową - czytał jakieś tajemnicze wiadomości powoli dokopując się do tej, którą Laurent wysłał mu kilka dni temu. W rzeczywistości cały czas czuwał. Zerkał na nich co kilka zdań, gotowy do przerwania im albo złapania Laurenta za nogę, gdyby znowu zaczął się trząść. Poza tym najwyraźniej dał przyzwolenie na tę wymianę informacji chociaż John wydawał się być straszliwym paplą.
Jeden z jego synów chwycił pociętą kopertę i zaczął po niej rysować.
- Sorry, zapomniałem ci je dać ostatnio, jak wyłeś za tym tępym chujem - mówił, wciąż zaciągając się dymem. Odpowiedziała mu cisza, po której bardzo chętnie i z zaciekawieniem przysunął się w kierunku Laurenta. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela nie był kimś nachalnym w kontekście naruszania jego przestrzeni osobistej, nie kokietował go spojrzeniem. Mimo wszystko budował wokół siebie wrażenie kompletnego błazna, w dodatku przesuwał spojrzeniem pomiędzy dwójką mężczyzn, jakby chciał wyłapać wszystkie, nawet najdrobniejsze reakcje. Niewątpliwie analizował to co ich łączyło. - Muzyka? Nie, ciągle kłócimy się o muzykę, bo jemu się wydaje, że jak coś leci w radiu to z góry jest chujowe. A was? Będziesz mu śpiewał nowe piosenki Bowiego? - Czy to było dla niego zabawne, czy zawsze się tak uśmiechał? Czy zawsze tak żywo gestykulował rękoma, opierał się łokciem o stół? - Nasz wspólny mianownik to to, że oprócz niego nikt nie może znieść tego ile pierdolę, a oprócz mnie nikt nie może znieść co on pierdoli. Zawsze uważałem to za sekret głębokiej przyjaźni. Nie to ile was łączy i jak magicznie się rozumiecie, tylko to czy jesteś w stanie wytrzymać czyjeś najbardziej wkurwiające momenty. - Widać było, że mówi to celowo. Oglądał jego twarz, reakcje, drgnięcia ust, ucieczki oczami w bok. Nie męczył go jednak bez końca i chwili wytchnienia - podsunął mu prostą ucieczkę, mianowicie talerz z jedzeniem. - Jak się żeście poznali?
- Zgubił się przy śmietniku, nie pamiętasz? Minęła minuta.
- Dla ciebie też jest taki niemiły?
Te słowa musiały do Laurenta wrócić dokładnie w tym momencie, w którym po kuchni poniósł się dźwięk pierwszych nut The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars, a Crow usiadł na krześle i wyciągnął paczkę papierosów. W ogóle nie krępował się z tym, żeby odpalić fajkę w pomieszczeniu, chociaż tuż obok siedziała dwójka dzieci. John zmierzył go spojrzeniem, po czym powiedział:
- Cora nienawidzi kiedy ktoś pali w kuchni.
Ale te słowa najwyraźniej nie miały żadnego znaczenia, bo od razu sięgnął do trzymanej przez Crowa paczki i poczęstował się jednym. Kiedy siadał przy stole, końcówka papierosa rozbłysła snopem iskier. Najpewniej rozpalił go właśnie Crow, ale wyszło im to tak płynnie, że komuś kto nie znał jego możliwości, prawdopodobnie trudno byłoby ocenić co właściwie się stało. Zaciągnął się dymem, dmuchnął nim w sufit, a później wstał jak oparzony bo sobie o czymś przypomniał. Otworzył szeroko zamknięte okna, po czym przeszedł się jeszcze raz do komody z adapterem i wyciągnął z niej plik listów i zeszyt. Nim wrócił na swoje miejsce, rzucił je przed cyrkowcem na blat, ten zaś westchnął i zaczął otwierać je nożem. Dla kogoś o niskiej percepcji, zdawał się kompletnie niezainteresowany tocząca się rozmową - czytał jakieś tajemnicze wiadomości powoli dokopując się do tej, którą Laurent wysłał mu kilka dni temu. W rzeczywistości cały czas czuwał. Zerkał na nich co kilka zdań, gotowy do przerwania im albo złapania Laurenta za nogę, gdyby znowu zaczął się trząść. Poza tym najwyraźniej dał przyzwolenie na tę wymianę informacji chociaż John wydawał się być straszliwym paplą.
Jeden z jego synów chwycił pociętą kopertę i zaczął po niej rysować.
- Sorry, zapomniałem ci je dać ostatnio, jak wyłeś za tym tępym chujem - mówił, wciąż zaciągając się dymem. Odpowiedziała mu cisza, po której bardzo chętnie i z zaciekawieniem przysunął się w kierunku Laurenta. W przeciwieństwie do swojego przyjaciela nie był kimś nachalnym w kontekście naruszania jego przestrzeni osobistej, nie kokietował go spojrzeniem. Mimo wszystko budował wokół siebie wrażenie kompletnego błazna, w dodatku przesuwał spojrzeniem pomiędzy dwójką mężczyzn, jakby chciał wyłapać wszystkie, nawet najdrobniejsze reakcje. Niewątpliwie analizował to co ich łączyło. - Muzyka? Nie, ciągle kłócimy się o muzykę, bo jemu się wydaje, że jak coś leci w radiu to z góry jest chujowe. A was? Będziesz mu śpiewał nowe piosenki Bowiego? - Czy to było dla niego zabawne, czy zawsze się tak uśmiechał? Czy zawsze tak żywo gestykulował rękoma, opierał się łokciem o stół? - Nasz wspólny mianownik to to, że oprócz niego nikt nie może znieść tego ile pierdolę, a oprócz mnie nikt nie może znieść co on pierdoli. Zawsze uważałem to za sekret głębokiej przyjaźni. Nie to ile was łączy i jak magicznie się rozumiecie, tylko to czy jesteś w stanie wytrzymać czyjeś najbardziej wkurwiające momenty. - Widać było, że mówi to celowo. Oglądał jego twarz, reakcje, drgnięcia ust, ucieczki oczami w bok. Nie męczył go jednak bez końca i chwili wytchnienia - podsunął mu prostą ucieczkę, mianowicie talerz z jedzeniem. - Jak się żeście poznali?
- Zgubił się przy śmietniku, nie pamiętasz? Minęła minuta.
- Dla ciebie też jest taki niemiły?
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.