14.11.2024, 11:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.11.2024, 11:44 przez Florence Bulstrode.)
Florence nie miała zamiaru krzyczeć na Laurenta.
Nie miała też zamiaru patrzeć na niego krytycznie, milczeć wymownie ani zgłaszać pretensji, jak (zwłaszcza to pierwsze i drugie) robiła dość często w przypadku swoich krewnych, najczęściej Atreusa i Vincenta, chociaż ostatnio Basilius i Icarus też znaleźli się dość wysoko na liście. Mogła obwiniać ich o wsiadanie na niesprawdzone miotły, nocne bijatyki z historyczkami magii, bieganie po podziemnych korytarzach czy niewspominanie rodzinie, że ktoś dobie na ich życie – ale już nie o utonięcie wycieczkowego statku, na którym przypadkiem się znaleźli.
Wyszła z kominka i całkowicie odruchowym gestem, o którym nawet nie myślała, wyciągnęła różdżkę, by usunąć ewentualne zabrudzenia z szaty. Potem skoncentrowała uważne spojrzenie jasnych oczu na Laurencie: jakby szukając śladów, które odcisnęła na nim ta wycieczka, zarówno tych, które mogły uwidocznić się pod postacią siniaków czy opatrunków, jak i tych, które mogły uwidocznić się w wyrazie twarzy.
– Witaj, mój drogi. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej – przywitała się, rzucając kolejne zaklęcie, by zawiesić w powietrzu niewielką skrzynkę, w której znajdowały się komponenty potrzebne do zamontowania przekładni. – Ja mogłam wcześniej zaproponować, że to zrobię.
Nie zrobiła tego, bo – do niedawna – wierzyła chyba jeszcze, dość naiwnie, że czystokrwiści są bezpieczni, a nazwisko Prewettów powinno chronić Laurenta w New Forest. Wszelkie złudzenia, na jakie z natury pragmatyczna Bulstrode sobie pozwalała, rozpłynęły się jednak w ostatnich miesiącach. I między innymi dlatego zaczęła ponownie studiować konstrukcję przekładni – kolejnym powodem, dla którego nie ofiarowała ich tak długo bliskim, był fakt, że choć ojciec uczył jej ich zakładania w przeszłości, skupiona na pracy w szpitalu bardzo długo nie zajmowała się mechanizmami. Przećwiczyła to jednak na tyle, aby móc bez większego problemu zamontować przekładnie w domu młodego Prewetta.
Wyraz jej twarzy złagodniał nieco, kiedy wspomniał, że zerwał kontakty z Philippem. Czy się z tego cieszyła? Na pewno. Wzdychała w duchu ogólnie na fakt, że Laurent nie zamierzał nigdy się ożenić, ale jeśli już interesowali go mężczyźni, to nie powinni być tacy, którzy traktowali go jak Nott.
Inna sprawa, że Florence ogólnie zwykle starała się nie komentować wyborów swoich krewnych, bo chyba jeszcze nie zdarzyło się, aby któryś spotykał się z kimś, kogo mogłaby zaaprobować (i królował w tym Vincent, Bulstrode zdawało się, że robił to wyłącznie na złość starszemu bratu... chociaż Cressida też znajdowała się wysoko na liście, a była jeszcze Francesca i... o zgrozo... Eden). Być może poza Moną Rowle, co jednak Icarus popisowo zepsuł ze względu na ojca – zupełnie jakby to z nim mógł się umawiać. Najwyraźniej miała zbyt wysokie oczekiwania (bardzo prawdopodobne) albo Prewettowie mieli we krwi niekoniecznie racjonalne wybieranie obiektów uczeń (też możliwe, wolała nie myśleć, że ona też ma w sobie trochę ich krwi).
– Cieszę się, że nie pozwalasz się mu ranić – sprostowała, na moment kładąc dłoń na jego ramieniu. - Czy są jakieś złe, poza tą całą, morską... przygodą?
Nie miała też zamiaru patrzeć na niego krytycznie, milczeć wymownie ani zgłaszać pretensji, jak (zwłaszcza to pierwsze i drugie) robiła dość często w przypadku swoich krewnych, najczęściej Atreusa i Vincenta, chociaż ostatnio Basilius i Icarus też znaleźli się dość wysoko na liście. Mogła obwiniać ich o wsiadanie na niesprawdzone miotły, nocne bijatyki z historyczkami magii, bieganie po podziemnych korytarzach czy niewspominanie rodzinie, że ktoś dobie na ich życie – ale już nie o utonięcie wycieczkowego statku, na którym przypadkiem się znaleźli.
Wyszła z kominka i całkowicie odruchowym gestem, o którym nawet nie myślała, wyciągnęła różdżkę, by usunąć ewentualne zabrudzenia z szaty. Potem skoncentrowała uważne spojrzenie jasnych oczu na Laurencie: jakby szukając śladów, które odcisnęła na nim ta wycieczka, zarówno tych, które mogły uwidocznić się pod postacią siniaków czy opatrunków, jak i tych, które mogły uwidocznić się w wyrazie twarzy.
– Witaj, mój drogi. Mam nadzieję, że czujesz się już lepiej – przywitała się, rzucając kolejne zaklęcie, by zawiesić w powietrzu niewielką skrzynkę, w której znajdowały się komponenty potrzebne do zamontowania przekładni. – Ja mogłam wcześniej zaproponować, że to zrobię.
Nie zrobiła tego, bo – do niedawna – wierzyła chyba jeszcze, dość naiwnie, że czystokrwiści są bezpieczni, a nazwisko Prewettów powinno chronić Laurenta w New Forest. Wszelkie złudzenia, na jakie z natury pragmatyczna Bulstrode sobie pozwalała, rozpłynęły się jednak w ostatnich miesiącach. I między innymi dlatego zaczęła ponownie studiować konstrukcję przekładni – kolejnym powodem, dla którego nie ofiarowała ich tak długo bliskim, był fakt, że choć ojciec uczył jej ich zakładania w przeszłości, skupiona na pracy w szpitalu bardzo długo nie zajmowała się mechanizmami. Przećwiczyła to jednak na tyle, aby móc bez większego problemu zamontować przekładnie w domu młodego Prewetta.
Wyraz jej twarzy złagodniał nieco, kiedy wspomniał, że zerwał kontakty z Philippem. Czy się z tego cieszyła? Na pewno. Wzdychała w duchu ogólnie na fakt, że Laurent nie zamierzał nigdy się ożenić, ale jeśli już interesowali go mężczyźni, to nie powinni być tacy, którzy traktowali go jak Nott.
Inna sprawa, że Florence ogólnie zwykle starała się nie komentować wyborów swoich krewnych, bo chyba jeszcze nie zdarzyło się, aby któryś spotykał się z kimś, kogo mogłaby zaaprobować (i królował w tym Vincent, Bulstrode zdawało się, że robił to wyłącznie na złość starszemu bratu... chociaż Cressida też znajdowała się wysoko na liście, a była jeszcze Francesca i... o zgrozo... Eden). Być może poza Moną Rowle, co jednak Icarus popisowo zepsuł ze względu na ojca – zupełnie jakby to z nim mógł się umawiać. Najwyraźniej miała zbyt wysokie oczekiwania (bardzo prawdopodobne) albo Prewettowie mieli we krwi niekoniecznie racjonalne wybieranie obiektów uczeń (też możliwe, wolała nie myśleć, że ona też ma w sobie trochę ich krwi).
– Cieszę się, że nie pozwalasz się mu ranić – sprostowała, na moment kładąc dłoń na jego ramieniu. - Czy są jakieś złe, poza tą całą, morską... przygodą?