Rozmawiali o tym - o tej przekładce - albo już tylko się tak Laurentowi wydawało. Ilość przelewających się informacji między różnymi osobami potrafiła doprowadzić do skonfundowania. Plączące się nici kłębka, jak za sprawą nadgorliwego kota, który szukał tylko zabawy. Z zabawy w dzisiejszych czasach mogło wyniknąć coś bardzo niedobrego. Czyjaś strata, czyjaś śmierć - a czyja strona będzie się dobrze bawiła? Radość cudzym kosztem to domena dnia doczesnego. Zysk na własny rachunek - zadłużenie innych nie było już twoją sprawą. Nie dało się spojrzeć mniej krytycznie na ten świat, który tak mocno starał się docisnąć do ziemi nawet tych, którym udało się polecieć. Grawitacja bywała mordercza. Florence wydawała się nią nieporuszona bez względu na to, co się działo. Może powinien zacząć się tym martwić - że ta kobieta zbyt wiele nosiła w sobie i zbyt mało uwalniała na zewnątrz? Zdawał sobie przecież sprawę z tego, że był malutkim trybikiem w całej machinie jej życia, że za ścianą, przez którą nie mógł niczego dojrzeć, działy się miriady wydarzeń i doznań.
Zrobił jej przestrzeń, kiedy zobaczył ruch sięgnięcia po różdżkę. To, co mogli, czego nie zrobili - dopiero kiedy sama to wypowiedziała zorientował się, jakie to było nieważkie i nieistotne. Niespełnione działania, niewykreślone plany z listy "to do". To nie była firma, w której wszystko musiało grać jak w szwajcarskim zegarku, a jednak brak tych wykreśleń mógł prowadzić do większego ryzyka. Do mniejszej zabawy po naszej własnej stronie. Jedna przekładka mogła wiele zmienić, kiedy spodziewasz się, że wróg może się zjawić w każdej chwili. Co prawda na razie było bezpiecznie, ale blondyn wcale nadmiernie bezpiecznie się nie czuł. Gdzie się nie ruszył, tam zagrożenia stawały się realne, prawdziwe. Albo wpuszczał je prosto do swojego domu.
- Od tamtego czasu nikt na szczęście nie próbował się tutaj włamać. - Więc nie musieli się z tym przesadnie śpieszyć, tak? Albo powinni, żeby dziś spotkać się na herbacie i powiedzieć: "dobrze, że jednak zamontowaliśmy przekładkę..." - Napijesz się czegoś? - Migotek ukłonił się, kiedy Florence już miała na niego wgląd - siedział w kuchni i właśnie przygotowywał śniadanie, którego Laurent nie zdążył nawet zjeść. I niekoniecznie czuł, że chce jeść. Inna sprawa, że musiał. Miał lustro, widział, że nie jest już za ciekawie. A to nie tylko waga spadała - wszystko zaczynało wyglądać... gorzej. On to widział. Gorsze włosy, paznokcie, gorsze samopoczucie.
- Mam poczucie, że to ja bardziej zraniłem jego. - Ile winy dostrzegali inni w jego zachowaniach? Był jak nienormalny z potrzebą bliskości, jak uzależniony... a o uzależnieniach coś wiedział. Za to wiedział też, że potrafił zachowywać balans i trwać w związkach na zdrowych zasadach. Takich, gdzie nikt nikogo nie używał, gdzie każda strona była zadowolona i te znajomości nawet potrafiły się przerodzić w przyjaźń. W końcu taka relacja połączyła go chociażby z Olivią. Dotknął jej dłoni, ujął czule i ucałował w knykcie - jak wypadało traktować damę. Bo właśnie damą była Florence Bulstrode. - Mam nadzieję, że nie. - Nadzieja, bo przecież zbliżało się wielkie wydarzenie, gdzie miały zostać ogłoszone zaręczyny jego siostry. - Co ciebie słychać? I u Atreusa? - To był ten typ mężczyzny, który szeroko rozmijał się z pojęciem wylewności. A wszyscy wokół i tak się martwili. Wolał rozmawiać o tym, niż o statku. Niż znowu szarpać problemy i kłopoty, bo czy ciągle muszą być one wyciągane na zewnątrz? Może powinien pomyśleć o tym, żeby zaprosić Florence kiedyś do... na pewno było jakieś miejsce, które kobieta chciałaby odwiedzić. Musiałby się tylko zastanowić.