15.11.2024, 14:58 ✶
Przez pięć sekund trwała pomiędzy nimi cisza. To miało znaczenie, bo John był jednym z tych ludzi, którzy od razu wyrwali się do odpowiedzi i jeszcze kiedy kończyłeś ostatnie zdanie, w jego oczach już błyszczało, unosił wargi, coś cisnęło mu się na usta. Teraz - nic. Po tych pięciu sekundach kopnął pod stołem nogę Crowa. Ten westchnął.
- Alexander. Nie, to je jest sekret.
Tak naprawdę to nie pamiętał czy Laurent poznał imię zarządcy cyrku czy nie. Podał mu papierosa, wyraźnie zdziwiony, ale również go odpalił. Nie zamierzał przypominać mu moralizatorskiej gadaniny sprzed chwili, ale kiedyś pewnie wykorzysta to do tego, żeby go uszczypnąć.
- Cóż. Może gdybyś powiedział o nim kiedykolwiek coś dobrego to nie ukrywałbym go za tym pseudonimem.
- Czy możemy nie?
Nie mówić o tym, przestać go dźgać przypomnieniem, że od dwóch tygodni spał na podłodze i zastanawiał się czy w Fantasmagorii jest dla niego jeszcze miejsce. Nie zamierzał robić z tego swojego wielkiej tajemnicy, ale mówienie o czymkolwiek nie przychodziło mu ze szczególną łatwością, a to... Zmotywowało go do utonięcia w tych listach z jeszcze większym zaangażowaniem. W rzeczywistości żaden z tych które przeczytał nie były nawet minimalnie interesujące. Wszyscy odpowiadali mu pokrętnie albo nic nie wiedzieli.
- Oooh, zaczynam dostrzegać to co on w tobie widzi - sam jednak wydawał się mieć do jego osoby jakiś dystans. Rozmawiali otwarcie, mężczyzna żywo gestykulował i nie dawał Laurentowi wrażenia, że jest w tej rozmowie niemile widziany - wręcz przeciwnie - oboje wykorzystywali to do zbierania danych i szybkiego zorientowania się w sytuacji drugiej strony, więc dało się wyczuć w tym zaangażowanie. Tylko nie było w tym chemii. Motywacją obojga musiał być Crow. Pomiędzy nimi samymi nie iskrzyło, nic nie wzniecało pożaru, a jakiś cień szeptał do ucha, że mimo znania się mniej niż kwadrans w Johnie istniała już jakaś blokada, bariera. Wyglądali na siebie zza muru. - Ale spostrzegawczy to ty nie jesteś, co? - Przełożył papieros do drugiej ręki i oparł się łokciem o blat stołu, wyginając lekko plecy do tyłu. - Jak miałem z osiemnaście lat to do Londynu przyjechali ci Niemcy organizujący jarmark świąteczny i moja babcia nas tam zabrała. - Zrobił kolejną przerwę na zaciągnięcie się papierosem i strzepanie popiołu do pustej szklanki stojącej przy talerzu Flynna. - Nie odezwał się do nas cały dzień. Biedaczka myślała, że mój kolega jest niemową, ale kiedy pod koniec dnia kupiła mu te takie cholernie słodkie, twarde ciastka z lukrem, nagle powiedział jej, że to najlepszy prezent świąteczny jaki dostał w życiu. Myślałem, że dostanie zawału.
- Były zajebiście dobre.
- Poprzeczka i tak nie była postawiona wysoko, bo na minione święta dziewczyna kupiła mu perfumy. Pewnie do dzisiaj nosi je w kieszeni bo nie wierzę że je zużył.
Pierwszy raz dzisiaj Crow się zaśmiał.
- Zostawiłem je na półce w jej sypialni. Pewnie stoją tam od piętnastu lat. Jeżeli kiedyś mnie zabije to może zrobić z nich horkruksa. - A później się wyłączył, bo w jego ręce trafiła ostatnia z przesyłek. Kartkował zeszyt z zaciekawieniem, w czym towarzyszył mu młodszy z synów Johna, który na tym etapie zszedł ze swojego krzesła i wtulił się w jego bok, chcąc mieć lepszy widok na wykonane ilustracje.
- Jesteś jakimś śpiewakiem operowym?
John wskazał na grający adapter i wyraźnie chciał zadać jakieś pytanie, ale o dziwo Crow był szybszy. Odwrócił się w jego kierunku, pokazując otrzymany dziennik.
- Czemu? - A może nie powinien teraz? Ale zadał to pytanie, głośno i wyraźnie. Starszy z synów z zaciekawieniem obserwował ich przeżuwając zdecydowanie za duży jak na niego kęs frittaty.
- Alexander. Nie, to je jest sekret.
Tak naprawdę to nie pamiętał czy Laurent poznał imię zarządcy cyrku czy nie. Podał mu papierosa, wyraźnie zdziwiony, ale również go odpalił. Nie zamierzał przypominać mu moralizatorskiej gadaniny sprzed chwili, ale kiedyś pewnie wykorzysta to do tego, żeby go uszczypnąć.
- Cóż. Może gdybyś powiedział o nim kiedykolwiek coś dobrego to nie ukrywałbym go za tym pseudonimem.
- Czy możemy nie?
Nie mówić o tym, przestać go dźgać przypomnieniem, że od dwóch tygodni spał na podłodze i zastanawiał się czy w Fantasmagorii jest dla niego jeszcze miejsce. Nie zamierzał robić z tego swojego wielkiej tajemnicy, ale mówienie o czymkolwiek nie przychodziło mu ze szczególną łatwością, a to... Zmotywowało go do utonięcia w tych listach z jeszcze większym zaangażowaniem. W rzeczywistości żaden z tych które przeczytał nie były nawet minimalnie interesujące. Wszyscy odpowiadali mu pokrętnie albo nic nie wiedzieli.
- Oooh, zaczynam dostrzegać to co on w tobie widzi - sam jednak wydawał się mieć do jego osoby jakiś dystans. Rozmawiali otwarcie, mężczyzna żywo gestykulował i nie dawał Laurentowi wrażenia, że jest w tej rozmowie niemile widziany - wręcz przeciwnie - oboje wykorzystywali to do zbierania danych i szybkiego zorientowania się w sytuacji drugiej strony, więc dało się wyczuć w tym zaangażowanie. Tylko nie było w tym chemii. Motywacją obojga musiał być Crow. Pomiędzy nimi samymi nie iskrzyło, nic nie wzniecało pożaru, a jakiś cień szeptał do ucha, że mimo znania się mniej niż kwadrans w Johnie istniała już jakaś blokada, bariera. Wyglądali na siebie zza muru. - Ale spostrzegawczy to ty nie jesteś, co? - Przełożył papieros do drugiej ręki i oparł się łokciem o blat stołu, wyginając lekko plecy do tyłu. - Jak miałem z osiemnaście lat to do Londynu przyjechali ci Niemcy organizujący jarmark świąteczny i moja babcia nas tam zabrała. - Zrobił kolejną przerwę na zaciągnięcie się papierosem i strzepanie popiołu do pustej szklanki stojącej przy talerzu Flynna. - Nie odezwał się do nas cały dzień. Biedaczka myślała, że mój kolega jest niemową, ale kiedy pod koniec dnia kupiła mu te takie cholernie słodkie, twarde ciastka z lukrem, nagle powiedział jej, że to najlepszy prezent świąteczny jaki dostał w życiu. Myślałem, że dostanie zawału.
- Były zajebiście dobre.
- Poprzeczka i tak nie była postawiona wysoko, bo na minione święta dziewczyna kupiła mu perfumy. Pewnie do dzisiaj nosi je w kieszeni bo nie wierzę że je zużył.
Pierwszy raz dzisiaj Crow się zaśmiał.
- Zostawiłem je na półce w jej sypialni. Pewnie stoją tam od piętnastu lat. Jeżeli kiedyś mnie zabije to może zrobić z nich horkruksa. - A później się wyłączył, bo w jego ręce trafiła ostatnia z przesyłek. Kartkował zeszyt z zaciekawieniem, w czym towarzyszył mu młodszy z synów Johna, który na tym etapie zszedł ze swojego krzesła i wtulił się w jego bok, chcąc mieć lepszy widok na wykonane ilustracje.
- Jesteś jakimś śpiewakiem operowym?
John wskazał na grający adapter i wyraźnie chciał zadać jakieś pytanie, ale o dziwo Crow był szybszy. Odwrócił się w jego kierunku, pokazując otrzymany dziennik.
- Czemu? - A może nie powinien teraz? Ale zadał to pytanie, głośno i wyraźnie. Starszy z synów z zaciekawieniem obserwował ich przeżuwając zdecydowanie za duży jak na niego kęs frittaty.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.