22.01.2023, 15:59 ✶
Walcząc o życie, w chwili ogromnej desperacji, myślał tylko o swoim ojcu. Starszy z Lovegoodów ponad dwadzieścia lat temu zakochał się w wili, w konsekwencji czego musiał samotnie wychowywać syna. Theodore czuł o to do niego nigdy niewypowiedziany głośno żal. Dał się omotać, oczarować, wykorzystać i porzucić przez jakąś kreaturę, przez co Theo musiał wychowywać się w niepełnej, dysfunkcyjnej rodzinie. Nigdy nie rozumiał, co za głupota, co za szaleństwo mogły poprowadzić go do popełnienia takiej pomyłki. Nigdy, aż do dzisiaj. Dzisiaj zrozumiał.
O tym właśnie była melodia, która, choć już zamilkła, nadal dudniła mu w uszach. Warto było poświęcić się w pogoni za miłością, nawet jeśli ryzykowało się po drodze popełnić poważne błędy. Nie dało się obronić, gdy piękno uderzało z całą swoją siłą, zaciskało z całych sił macki wokół duszy i kazało pożegnać się z dotychczasowym życiem. Lovegood senior musiał postawić całe swoje życie na głowie, by dostosować się do dziecka, zaś junior najwyraźniej pożegna się z nim w niemetaforyczny sposób. Szkoda było mu umierać, ale podskórnie czuł, że taka śmierć była bardziej godna i sensowna niż jakakolwiek inna.
Im bardziej uciekało z niego powietrze, im bardziej znikała świadomość, tym bardziej rozumiał, że nie uda mu się uciec. Nie wierzył już w swój sukces, ale jego ciało, coraz bardziej oddzielone od umysłu, nadal walczyło. Jego ręce szamotały się, a nogi wierzgały, z wątpliwą celnością uderzając wszystko, co było w pobliżu.
Do Theodore’a nie do końca docierało to, co działo się wokół. Wydawało mu się, że poczuł dodatkową parę rąk oplecioną wokół jego ciała, a chwilę potem nie z jego inicjatywy nastąpiła intensywniejsza niż dotychczas szarpanina, która zakończyła się, gdy mignął mu przed oczyma czerwonawy promień zaklęcia. Chłopak nie uświadamiał sobie, że ma przy sobie sojusznika i przez krótką chwilę jeszcze się rzucał w jego ramionach, próbując się uwolnić, a następnie, gdy wyczerpał już wszystkie swoje siły życiowe, a światło przed jego oczyma zgasło, znieruchomiał, zostawiając Charliego samego z obowiązkiem wyciągnięcia ich na brzeg. Słów ratownika nie mógł już usłyszeć.
Ku zaskoczeniu Lovegooda światło nie zniknęło na wieki, pojawiło się ponownie. Niepewny ile czasu spędził w ciemności, otworzył nagle oczy i ujrzał nachylającego się chłopaka z różdżką w ręku, ściskającego jego klatkę piersiową, zaś w swoich płucach poczuł ogromną pustkę nie do opisania. Rozpaczliwie zaczerpnął powietrza, jakby robił to po raz pierwszy w życiu, odchylił głowę na bok i wypluł w siebie odrobinę wody, która stanęła mu w gardle. Łapczywie zaczął łykać kolejne hausty powietrza w trakcie, gdy jego ciało przeszywały spazmy, a świadomość rozpaczliwie próbowała zrozumieć, gdzie był i co się wydarzyło.
O tym właśnie była melodia, która, choć już zamilkła, nadal dudniła mu w uszach. Warto było poświęcić się w pogoni za miłością, nawet jeśli ryzykowało się po drodze popełnić poważne błędy. Nie dało się obronić, gdy piękno uderzało z całą swoją siłą, zaciskało z całych sił macki wokół duszy i kazało pożegnać się z dotychczasowym życiem. Lovegood senior musiał postawić całe swoje życie na głowie, by dostosować się do dziecka, zaś junior najwyraźniej pożegna się z nim w niemetaforyczny sposób. Szkoda było mu umierać, ale podskórnie czuł, że taka śmierć była bardziej godna i sensowna niż jakakolwiek inna.
Im bardziej uciekało z niego powietrze, im bardziej znikała świadomość, tym bardziej rozumiał, że nie uda mu się uciec. Nie wierzył już w swój sukces, ale jego ciało, coraz bardziej oddzielone od umysłu, nadal walczyło. Jego ręce szamotały się, a nogi wierzgały, z wątpliwą celnością uderzając wszystko, co było w pobliżu.
Do Theodore’a nie do końca docierało to, co działo się wokół. Wydawało mu się, że poczuł dodatkową parę rąk oplecioną wokół jego ciała, a chwilę potem nie z jego inicjatywy nastąpiła intensywniejsza niż dotychczas szarpanina, która zakończyła się, gdy mignął mu przed oczyma czerwonawy promień zaklęcia. Chłopak nie uświadamiał sobie, że ma przy sobie sojusznika i przez krótką chwilę jeszcze się rzucał w jego ramionach, próbując się uwolnić, a następnie, gdy wyczerpał już wszystkie swoje siły życiowe, a światło przed jego oczyma zgasło, znieruchomiał, zostawiając Charliego samego z obowiązkiem wyciągnięcia ich na brzeg. Słów ratownika nie mógł już usłyszeć.
Ku zaskoczeniu Lovegooda światło nie zniknęło na wieki, pojawiło się ponownie. Niepewny ile czasu spędził w ciemności, otworzył nagle oczy i ujrzał nachylającego się chłopaka z różdżką w ręku, ściskającego jego klatkę piersiową, zaś w swoich płucach poczuł ogromną pustkę nie do opisania. Rozpaczliwie zaczerpnął powietrza, jakby robił to po raz pierwszy w życiu, odchylił głowę na bok i wypluł w siebie odrobinę wody, która stanęła mu w gardle. Łapczywie zaczął łykać kolejne hausty powietrza w trakcie, gdy jego ciało przeszywały spazmy, a świadomość rozpaczliwie próbowała zrozumieć, gdzie był i co się wydarzyło.