22.01.2023, 16:00 ✶
- Jestem w tym podobno bardzo dobra – odparła Florence nieskromnie, gdy Fergus skomentował, że skutecznie wybiła mu pomysł z głowy. Bulstrode spędziła dobrych dziesięć lat na wybijaniu głupich pomysłów z głów młodszego kuzynostwa i rodzeństwa, a wcześniej na przewidywaniu tych pomysłów, i chociaż nie zawsze odnosiła sukces, to nabrała w tym swego rodzaju wprawy. Na przykład powiedzenie „nie wolno ci tego robić” albo „to głupi pomysł” nigdy nie działało. Trzeba było odnieść się do niego entuzjastycznie i wykazać, co potem stanie się później. Zwykle to stanowiło najlepszą taktykę. – Kawa to zdecydowanie lepszy pomysł niż trafianie na oddział jako wielka larwa. Tak, mieliśmy taki przypadek.
Niezbyt żałowała pączków. Florence nie była może przeciwniczką słodyczy, ale sięgała po nie stosunkowo rzadko. Z jednej strony był to efekt bycia uzdrowicielką, z drugiej po prostu smaku. Wybierając między gorzką czekoladą a mleczną, niemal zawsze sięgała po tę pierwszą.
Matka czasem mówiła, że to pewnie dlatego córka jest wiecznie „skwaszona”.
- Chodzi o wykopaliska w pobliżu Stonehage. Znaleźli jakąś nową salę, próbowali do niej wejść, uruchomił klątwę, gdy dotknąć kamieni runicznych, strzegących przejścia. Sala uległa zawaleniu i nic nie znaleźli, on sam skończył obłożony paroma paskudnymi zaklęciami – wyjaśniła ze spokojem, bo i nie była to jakaś wielka tajemnica. A przynajmniej taką wersję jej przekazano, kto wie, może w rzeczywiści było zupełnie inaczej, ale na użytek pracowników szpitala spreparowano wygodną bajeczkę. Mówiąc, jednocześnie zabrała się za owijanie ręki Fergusa nowym bandażem, przesączonym substancją, który nałożyła na opatrunek. Ruchy miała sprawne i nie zwolniła nawet wtedy, kiedy zadał swoje pytanie, chociaż nie odpowiedziała na nie od razu.
Kiedy jej cenne fiolki i inne rzeczy zatrzęsły się na stoliku, sięgnęła jedną ręką, by je przytrzymać, w drugiej wciąż podtrzymując zranioną dłoń Ollivandera. Samego pacjenta zmierzyła surowym spojrzeniem.
- Proszę się nie kręcić podczas zmiany opatrunków, panie Ollivander, bo następnym razem pana sparaliżuję – ostrzegła, po czym nawet nie patrząc przesunęła jedną z fiolek, która znalazła się teraz na krawędzi blatu, z powrotem na poprzednie miejsce. Pewnie za jakieś dwadzieścia lat takie zachowanie ze strony uzdrowiciela byłoby całkowicie niedopuszczalne, ale mieli lata siedemdziesiątce, więc Florence doprowadzona do ostateczności nie miałaby prawdopodobnie większych oporów. Ponownie sięgnęła po różdżkę, by za pomocą czaru utwierdzić bandaż dobrze na miejscu.
- Nie jestem cudotwórcą – powiedziała jeszcze, bo i nie, pytanie nie było jej nie w smak, ale to nie tak, że podobnych nigdy nie słyszałam. Głos miała dostatecznie opanowany, nie zdradzający śladu emocji, jakie przychodziły, kiedy czyjeś życie przeciekało ci przez palce. Nie każdemu można pomóc. Nawet za pomocą magii. Była to jedna z najboleśniejszych nauk, jakie musiał opanować magomedyk. – Żaden uzdrowiciel nie jest. Są klątwy i zaklęcia, których nawet najlepszy klątwołamacz nie zdoła zdjąć dość szybko.
Była dobra. Nie miała w sobie dość skromności, aby tak nie uważać. Ale w ciągu kilku lat pracy jakieś trzy czy cztery razy ktoś zmarł, bo choć dotarł do szpitala żywy, obrażenia okazywały się zbyt poważne, aby dała rade zdjąć je na czas. Dwukrotnie musieli amputować kończynę, w której zagnieździła się klątwa zbyt potężna, aby dało się ją przełamać.
I za każdym razem wiedziała, że tak będzie, jeszcze nim zaczęła próbować.
Niezbyt żałowała pączków. Florence nie była może przeciwniczką słodyczy, ale sięgała po nie stosunkowo rzadko. Z jednej strony był to efekt bycia uzdrowicielką, z drugiej po prostu smaku. Wybierając między gorzką czekoladą a mleczną, niemal zawsze sięgała po tę pierwszą.
Matka czasem mówiła, że to pewnie dlatego córka jest wiecznie „skwaszona”.
- Chodzi o wykopaliska w pobliżu Stonehage. Znaleźli jakąś nową salę, próbowali do niej wejść, uruchomił klątwę, gdy dotknąć kamieni runicznych, strzegących przejścia. Sala uległa zawaleniu i nic nie znaleźli, on sam skończył obłożony paroma paskudnymi zaklęciami – wyjaśniła ze spokojem, bo i nie była to jakaś wielka tajemnica. A przynajmniej taką wersję jej przekazano, kto wie, może w rzeczywiści było zupełnie inaczej, ale na użytek pracowników szpitala spreparowano wygodną bajeczkę. Mówiąc, jednocześnie zabrała się za owijanie ręki Fergusa nowym bandażem, przesączonym substancją, który nałożyła na opatrunek. Ruchy miała sprawne i nie zwolniła nawet wtedy, kiedy zadał swoje pytanie, chociaż nie odpowiedziała na nie od razu.
Kiedy jej cenne fiolki i inne rzeczy zatrzęsły się na stoliku, sięgnęła jedną ręką, by je przytrzymać, w drugiej wciąż podtrzymując zranioną dłoń Ollivandera. Samego pacjenta zmierzyła surowym spojrzeniem.
- Proszę się nie kręcić podczas zmiany opatrunków, panie Ollivander, bo następnym razem pana sparaliżuję – ostrzegła, po czym nawet nie patrząc przesunęła jedną z fiolek, która znalazła się teraz na krawędzi blatu, z powrotem na poprzednie miejsce. Pewnie za jakieś dwadzieścia lat takie zachowanie ze strony uzdrowiciela byłoby całkowicie niedopuszczalne, ale mieli lata siedemdziesiątce, więc Florence doprowadzona do ostateczności nie miałaby prawdopodobnie większych oporów. Ponownie sięgnęła po różdżkę, by za pomocą czaru utwierdzić bandaż dobrze na miejscu.
- Nie jestem cudotwórcą – powiedziała jeszcze, bo i nie, pytanie nie było jej nie w smak, ale to nie tak, że podobnych nigdy nie słyszałam. Głos miała dostatecznie opanowany, nie zdradzający śladu emocji, jakie przychodziły, kiedy czyjeś życie przeciekało ci przez palce. Nie każdemu można pomóc. Nawet za pomocą magii. Była to jedna z najboleśniejszych nauk, jakie musiał opanować magomedyk. – Żaden uzdrowiciel nie jest. Są klątwy i zaklęcia, których nawet najlepszy klątwołamacz nie zdoła zdjąć dość szybko.
Była dobra. Nie miała w sobie dość skromności, aby tak nie uważać. Ale w ciągu kilku lat pracy jakieś trzy czy cztery razy ktoś zmarł, bo choć dotarł do szpitala żywy, obrażenia okazywały się zbyt poważne, aby dała rade zdjąć je na czas. Dwukrotnie musieli amputować kończynę, w której zagnieździła się klątwa zbyt potężna, aby dało się ją przełamać.
I za każdym razem wiedziała, że tak będzie, jeszcze nim zaczęła próbować.