Zawsze lepiej mieć JAKIEKOLWIEK zabezpieczenie. Szczególnie, kiedy masz przed kim się chronić. Śmierciożercy? Prawdę mówiąc - mała broszka. Przynajmniej na tę chwilę wydawali się o wiele mniej straszni niż taki Dante, który tworzył realne zagrożenie. Ostatnia rozmowa nad tym potoczyła się między nimi w listach. Kiedy otrzymał potwierdzenie tego, czego wolałby nie słyszeć i nie czytać. Tak jak wolałby, żeby ten cień nie powrócił. Jak wolałby czasem nie spoglądać na Florence i czuć wstyd za swoje czyny. Pytać samego siebie, kiedy go osądzi, kiedy spojrzy na niego... inaczej. Tak, to nie było mądre, bo znał ją nie od dziś, pokazała mu w każdej sytuacji, że może na niego liczyć, cokolwiek by się nie działo. Nie musiała pochwalać, mogła pouczyć, ale nigdy nie zmieniła przez to na niego percepcji. Kochał ją. Kochał ją tak mocno, że lękał się, że przez te wszystkie rzeczy ona mogłaby jednak spojrzeć na niego inaczej. To były te emocje, które nie wychodziły naprzeciw logice.
- Dobrze. - Uśmiechnął się ze wdzięcznością i ciepło w odpowiedzi na jej gest. Miała rację - potrzebował ich. Jak powietrza. Bardziej niż jakichkolwiek słów, chociaż czy bez słów na pewno wszystko byłoby dobrze? To dlatego, że to była ona, gest działał tak dobrze. Jakiekolwiek inne ręce mogłyby przynieść tylko wątpliwość, głupie zapytania, które dręczyłyby głowę. Ona, ona, ona. Chyba Florence była najważniejszą osobą w jego życiu. Pewien jego aturytet, osoba, przy której czuł się bezpiecznie, której chciał słuchać, chciał, by mówiła, że zrobił głupstwo i jednocześnie chciał od niej pochwał. To, co wydarzyło się między nim i Edwardem tamtego dnia, to, że to o niej pomyślał, by mu pomogła... to bardzo wiele znaczyło. I bardzo mocno wstrząsnęło posadami tego, czego pragnął i czego oczekiwał od swojego ojca.
- Nie chciałabyś wiedzieć, co się wydarzyło..? - Podpytał trochę delikatnie, tym miękkim, wchodzącym niemal na śpiewny ton. Ciekawość, ale nie brzęczało w nim faktyczne poczucie winy. Czasami pytał ją o to w ten sposób, kiedy chciał wybadać grunt - i tym razem nie było właśnie inaczej. To nie tak, że nie chciał się tym dzielić, ale też nie tak, że chciał koniecznie. Ta historia mogłaby znów coś zmienić, nawoływało do jego obaw. Z drugiej strony nie odmówiłby jej, gdyby chciała. Tylko czy chciała? Czy ją to obchodziło? Wiedział, że ciężko Florence przekonać do zmiany zdania, kiedy zaparła się na kogoś, kto ranił jej rodzinę. Imponowało mu to za każdym razem. I cieszyło, nie było co ukrywać. Jej nastawienie dodało mu kilka gram pewności siebie. Słuszności swoich decyzji. Zabawne, prawda? W końcu powiedziała ledwo dwa-trzy zdania.
- Czasem się zastanawiam, jak to jest możliwe, że dzieje się tyle rzeczy. - Dopowiedział, widząc jej spojrzenie. Zastanawiając się teraz z lekkim niepokojem, ile powinno zostać powiedziane, a co przemilczeć. - Byłem w Windermere, może słyszałaś o tym od Basiliusa? Mieliśmy okazję wymienić... doświadczenia. A parę dni temu ukradziono mi różdżkę i musiałem kupić nową. - Chwilowo mówił o tym w żartobliwym nieco tonie, bo wypowiadanie tych... "bzdur" na poważnie nie było ani trochę zachęcające. Podszedł z nią najpierw do drzwi tarasowych - w jego wypadku wymagało to założeniu dwóch. Skorzystał na tym, bo sięgnął po koc i nałożył go na ramiona. Duma leniwie podniósł się z ziemi i podszedł do Florence, żeby wyciągnąć do niej łeb i obwąchać, a zaraz odwrócił się i podszedł do Divy siedzącej przy schodkach, żeby usiąść obok niej. - A MAM nadzieję, że to już koniec złych wieści - powiedział, kiedy wrócił do niej już z kocem na ramionach - bo Victoria wraca ze swoją przyjaciółką z wyprawy. I liczę na to, że usłyszę tylko dobre rzeczy.