Przez jego życie przewijali się różni ludzie, ale niewielu było tak unikalnych jak Perseus Black. Onyks, który zamiast bieli miał w sobie błysk jadeitu. Noc Kairu, która zapomniała, że miała błyszczeć gwiazdami i wybrała ciemność. W swojej własnej percepcji zamienił się w noc, w której już nie było lśnienia. Laurent znał go o wiele za mało, żeby ocenić, czy naprawdę myślenie ma to solidne podłoże, czy jednak stanowi wypadkową tragedii i nachalności rodziny, co spuściła na jego plecy swój bat. Znał go za mało, żeby zrozumieć, czym była ta plątanina chęci i emocji, jakie migotały pomiędzy. Nieznajomość nigdy dotąd nie była wielką przeszkodą, żeby uśmiechnąć się powabnie i zaprosić kogoś do swojego łóżka. Czuł jednak nieodparte wrażenie, że skrzywdziłby niesamowicie tego człowieka, gdyby wykorzystał tę słabość przeciwko niemu. Intuicja nie raz już powiodła go w szczere pole i pozwoliła się zagubić, choć składała obietnice odnalezienia. Nie raz również wpakowała go w krzewy jeżyn i ledwo się spośród nich wydostał.
Żałował za to, że wczorajszego dnia nie spędził z Perseusem. Albo że nie odszedł w swoją stronę, nie spędził wieczoru samotnie. Nie... tego by nie zrobił. Potrzebował rozkojarzenia, więc to dobrze, że nie został z czarnowłosym - Matka jedna wie, do czego by to doprowadziło... i podejrzewał też sam Laurent. Do niczego dobrego - oto wniosek. Żałował mimo to. Swojej głupoty, swojego zachowania, podłości, jaką się wykazał. Wysublimowania w tej podłości. Ze świadomym grzechem miał teraz stanąć przed Perseusem i... i co? Po co w ogóle? Nie sensowniej i bezpieczniej byłoby zerwać tę znajomość? Zsunął się z grzbietu Michaela. Wielki rumak spoglądał czerwonymi ślepiami na wszystkich z pogardą i niechęcią - nie dało się odebrać innego wrażenia. Ułożenie jego skrzydeł, których wcale nie ściągnął do swojego brzucha, były jak dach albo tarcza, rzucające cień na spoglądającego w drzwi Laurenta.
Stawiając kroki w stronę domu zastanawiał się, co chciał mu powiedzieć. Czy miał mu co powiedzieć. Czy magia ich splatająca miała im przynieść jakieś ukojenie, czy wręcz przeciwnie. Och, jaką czułością rozlałoby się jego wnętrze, gdyby tylko mógł teraz wzrokiem przenikać przez ściany..! Gdyby mógł odczytać myśli i zobaczyć, jak słodki był ten niepokój, niemal dziecięcy. Czysty i jednocześnie brudny - kiedy ci zależy, a jednocześnie bardzo chciałbyś coś dostać. Jeden dotyk? Dotykać. Jeden pocałunek? Całować mocniej.
- Wręcz przeciwnie, dziękuję za zaproszenie. - Uśmiechnął się delikatnie, bez większej energii, ale to nie odbierało wcale sympatii. Nadawało tylko w zespole ze znużoną twarzą więcej stoicyzmu wszystkiemu. Ospałości. Jeśli zbliżamy się powoli do jesieni, to może były pierwsze jej zajawki? Pierwsze bardziej leniwe promienie słońca, pierwsze złotawe liście na drzewach... Złoto w końcu zdobiło Laurenta - jak zawsze. Kolczyki, wisiorek, pierścionki. Subtelne, delikatne, równie wysublimowane co jego przedwczorajsze manipulacje. Wkroczył więc do wnętrza zastanawiając się, czy to tutaj byli ostatnim razem po laskę, czy w jakimś innym domu. Zgubił się w tym. Zagubił się całkowicie w tamtej nocy, która była wstrząśnięciem dla jego i tak niestabilnego już świata. - Herbaty z wielką przyjemnością. - Nie szkodzi, to dobrze - te formułki. Lubił je. Dyktowały rytm spotkań, był do nich przyzwyczajony, wtłaczały malutki schemacik w niepewności, jaką byli chwilowo okryci. Przysłonięci jak welur przysłaniał okna. - Mam nadzieję, że... - to "że" nie zostało gwałtownie urwane. Zdanie bardzo gładziutko cichło, aż po "że" nie było już niczego słychać. I sam Laurent zamiast wchodzić głębiej, to zatrzymał się, zamarł w bezruchu i zapatrzył na słoneczniki. Powoli przeniósł wzrok na Perseusa i nie był pewien, czy nie zacznie płakać. Nie dlatego, że było źle. Dlatego, że to było poruszające. Pytasz się więc: przypadek? Nie, pewnie nie. Nie znasz go tak dobrze, ale to bardzo sprytny i inteligentny człowiek. Celowe działanie - po co? W jakim celu? Och, odpowiedź była podpowiadana, diabeł ciągnął za włosy i próbował je powyrywać. Nie, zbyt krzywdząca, nie myśl tak. Czy wystarczy, żeby było miło? Uśmiechnął się znów. - Mam nadzieję, że nie będziesz miał mi za złe - nie przyszedłem z podarunkami w gości... przyniosłem tylko to. Choć pewnie już zająłeś się odpowiednio raną... - Wyciągnął mały słoiczek, ślicznie zapakowany, z wstążką - coś, co spodziewałeś się znaleźć na toaletce damy pudrującej nosek. - To maść na ranę. Nie ma wielkich właściwości leczniczych, ale przynosi ulgę. - Szkoda, że nie dało się stworzyć maści na serce.