Spotykał się już z różnymi ludźmi przy okazji prowadzenia rezerwatu i hodowli. Chamskimi, niemiłymi. Spotykał się z obelgami i krzywymi spojrzeniami zarówno kiedy wciskano mu pieniądze w ręce, jak i wtedy, kiedy to on chciał te pieniądze uśmiechając się ślicznie pomiędzy kaszmirowymi firankami złotych salonów. Traktował mężczyznę przed sobą dokładnie tak samo, jak każdego innego ze świata, w którym fason był wszystkim. Były takie osoby, przy których nie pilnował tego niemal wcale. Jedna taka osoba siedziała obok niego. Ale naprzeciwko niego siedział obcy człowiek z jeszcze bardziej obcego środowiska, a jego nie potrafiło opuścić uczucie, że czegoś chciał. Czegoś oczekiwał. Przeweryfikował dokładnie w tym momencie cel wspomnienia o Alexandrze i to, jak mogli razem wyglądać w jego oczach. To, że był tylko kolejną osobą do... czegoś. Po coś? Nie. W zasadzie to sugestia sprzed chwili mówiła o czymś innym. Tylko jak miał to oceniać? Czepiać się jak zwykle swojej beznadziejnej nadziei?
- Miriady zobowiązań, nadziei i ambicji. - Każdą z tych rzeczy mógł nazwać, policzyć, wymienić, ale było ich bardzo wiele. Prawda była taka, że nawet nie brał pod uwagi tego, że mógłby obrać taką drogę. Jego cel był jasny, zresztą jego ton zabrzmiał nad wyraz stanowczo, kiedy o tym powiedział. Trochę jak ton, który przyjmował, kiedy oddzielał towarzyskie pogawędki od interesów. To nie było celowe tak do końca, ale kreśliło granicę, której nie zamierzał przekraczać z gospodarzem. Jego własne życie było jego własną porażką, bo po tylu latach starań okazywało się, że i tak był zawodem dla swojego ojca. Bardzo wiele rzeczy zaczynało tracić sens, kiedy to, co cię definiowało, okazywało się nagle nie definiować cię wcale. Mężczyzna. Może do tego ograniczał się problem, że był za mało męski. - Pokaleczyłbyś palce do krwi. Żadna miłość nie pozostawia ogrodu różanego bez kropli krwi na palcu. - Kiedy to powiedział odkrył, że mógł się jednak zamknąć. I wybrać to, co często wybierał Crow. Ciszę. I jak cholernie docenił ten moment, kiedy mógł zacisnąć swoją dłoń na dłoni Flynna. Sam ten gest był ulgą, która osadziła go nieco pewniej w tej niby gościnnej, a jednak coraz bardziej wrogiej przestrzeni. Nie było mowy o tym, żeby jego paznokcie miały uronić tę kroplę krwi, nie miał takiej siły. A jemu tym bardziej nie chciał ich wbijać w naskórek. I nie musiał.
W jedną chwilę zrobiło się tutaj pusto, a Laurent złapał tak głęboki wdech, jakby przez cały ten czas się dusił. Przechylił się na ten stół, podparł o niego przedramieniem, przestał prostować. Uścisk dłoni tylko przez chwilę jeszcze był taki intensywny.
- Żeby było ci miło, Crow. Żeby sprawić ci przyjemność.