16.11.2024, 13:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2024, 13:19 przez Millie Moody.)
Louvian nie wiedział.
Nie był świadom, że przyszedł i przyniósł jej świt, tak samo, jak dwa miesiące temu z takim samym powodzeniem mógł przynieść jej zmierzch.
Pradawna magia pętająca dusze w niebycie, pętająca ją na granicy światów i zrozumienia rozproszyła się, naciągnęła jak guma odsłaniając wrażliwe przestrzenie, czyniąc nieprzekraczalną barierę błoną, którą dało się przebić. Którą w końcu trzeba było przebić. Która była o krok od przebicia.
To mogło być tamtego dnia. Emocje silne, choć żadne z nich z oczywistych względów nie nazwałoby tego miłością. To mogło być, gdyby jak pierdolony szczur Louvian nie uciekł podkulając swój pokaleczony ogon, nie owinął się swoim rodowodem wstydliwie, zasłaniając twarz i serce. Nie wydarł jej snom, nie dotknął łagodnością, której się brzydził. Był diabłem, koszmarem co zmuszał do stawienia czoła zagrożeniu. Za moment, za dwa dni przysiądzie przy łóżku anioł, kojącym głosem mówiącym jej w końcu spod płaszcza męskiej buty i samozadowolenia, spod haseł o tym, że trzeba być zawsze czujnym i nie kierować się uczuciami, spod tego ostrego, zahartowanego walką płaszcza pojawią się łzy, pojawi się wyznanie, pojawią się ciche zaklęcia o tym, że ktoś jej nadal potrzebuje.
Błona czekała, jak powieki przykrywające złociste ślepia, teraz znów pogrążone w śnie, znów nieruchome, znów zastygłe przerażeniem wszechogarniającej Szarości. Czerni. Bieli.
Pokrzykiwania pielęgniarki odprowadziły go białym korytarzem, finalnie jednak drzwi Lecznicy zamknęły się za Lestrangem i nikt go więcej nie niepokoił. Nie fizyczynie. Szczęśliwie też nikt ważny nie widział jego chwili słabości, choć przecież to on dla siebie był najsurowszym sędziom. Słaba wesz, która nie chciała go słuchać, pozostała w jego umyśle jak robak, przemierzający zagłębienia, nie dający o sobie zapomnieć. Jeśli myślał, że wcześniej miał problem, to teraz dopiero, gdy mógł znów spojrzeć w jej zapadniętą twarz, w lśniące, pozbawione woli oczy, gdy mógł znowu usłyszeć jej głos, który zamiast rozkazu bełkotał słowa...
Obudź się
To ona miała się obudzić i tego nie zrobiła. Jak będzie wyglądać jego twarz za kilka dni, gdy dotrą do niego wieści o powstanie z martwych? Czy będzie dumny ze swojego karalucha? A może nie zauważy pradawnej iskry, którą przemocą wtłoczył w jej nozdrza? Zabrał życie. Dał życie. Może to nie on. Może to tylko przypadek.
Może.
Nie był świadom, że przyszedł i przyniósł jej świt, tak samo, jak dwa miesiące temu z takim samym powodzeniem mógł przynieść jej zmierzch.
Pradawna magia pętająca dusze w niebycie, pętająca ją na granicy światów i zrozumienia rozproszyła się, naciągnęła jak guma odsłaniając wrażliwe przestrzenie, czyniąc nieprzekraczalną barierę błoną, którą dało się przebić. Którą w końcu trzeba było przebić. Która była o krok od przebicia.
To mogło być tamtego dnia. Emocje silne, choć żadne z nich z oczywistych względów nie nazwałoby tego miłością. To mogło być, gdyby jak pierdolony szczur Louvian nie uciekł podkulając swój pokaleczony ogon, nie owinął się swoim rodowodem wstydliwie, zasłaniając twarz i serce. Nie wydarł jej snom, nie dotknął łagodnością, której się brzydził. Był diabłem, koszmarem co zmuszał do stawienia czoła zagrożeniu. Za moment, za dwa dni przysiądzie przy łóżku anioł, kojącym głosem mówiącym jej w końcu spod płaszcza męskiej buty i samozadowolenia, spod haseł o tym, że trzeba być zawsze czujnym i nie kierować się uczuciami, spod tego ostrego, zahartowanego walką płaszcza pojawią się łzy, pojawi się wyznanie, pojawią się ciche zaklęcia o tym, że ktoś jej nadal potrzebuje.
Błona czekała, jak powieki przykrywające złociste ślepia, teraz znów pogrążone w śnie, znów nieruchome, znów zastygłe przerażeniem wszechogarniającej Szarości. Czerni. Bieli.
Pokrzykiwania pielęgniarki odprowadziły go białym korytarzem, finalnie jednak drzwi Lecznicy zamknęły się za Lestrangem i nikt go więcej nie niepokoił. Nie fizyczynie. Szczęśliwie też nikt ważny nie widział jego chwili słabości, choć przecież to on dla siebie był najsurowszym sędziom. Słaba wesz, która nie chciała go słuchać, pozostała w jego umyśle jak robak, przemierzający zagłębienia, nie dający o sobie zapomnieć. Jeśli myślał, że wcześniej miał problem, to teraz dopiero, gdy mógł znów spojrzeć w jej zapadniętą twarz, w lśniące, pozbawione woli oczy, gdy mógł znowu usłyszeć jej głos, który zamiast rozkazu bełkotał słowa...
Obudź się
To ona miała się obudzić i tego nie zrobiła. Jak będzie wyglądać jego twarz za kilka dni, gdy dotrą do niego wieści o powstanie z martwych? Czy będzie dumny ze swojego karalucha? A może nie zauważy pradawnej iskry, którą przemocą wtłoczył w jej nozdrza? Zabrał życie. Dał życie. Może to nie on. Może to tylko przypadek.
Może.
Koniec sesji