16.11.2024, 15:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.11.2024, 15:26 przez Florence Bulstrode.)
– Różnisz się od Kasandry, Morpheusie. Niektórzy wierzą w twoje proroctwa. A to daje ci pole do działania.
Bulstrode zmarszczyła lekko brwi, w pierwszej chwili nie pojmując, o jakim klubie Morpheus mówi. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach skojarzyła fakty. Pozostawała z boku i raczej tak miało pozostać. Zaoferowała swoje wsparcie z powodu Beltane: zostało przyjęte, bo już wcześniej nieraz udzielała pomocy ofiarom śmierciożerców, a tamtego wieczoru, nie wiedząc, o co chodzi, zgodziła się zostać na miejscu, czekając… i cóż, okazało się, że czekała, aby opatrywać rannych.
Nie czuła się jednak naprawdę jedną z nich i nie była zaznajomiona z nazewnictwem, jakie stosowali.
– Mój wuj jest pracownikiem Ministerstwa. To Ministerstwo jest stroną w tej wojnie i w tym rozumieniu Gregory działa przeciwko śmierciożercom. Bada... to wszystko, co zrobili – stwierdziła Florence spokojnie. – Ale nie jest i z pewnością nie będzie wspierał żadnej organizacji działającej… po cichu. Nawet jeżeli poproszą go o to krewni. Jestem prawie pewna, że zgłosiłby wszystko Ministrze Magii.
Bulstrodowie nie popierali mocno konserwatywnego podejścia, co pokazywał już sam fakt, że zostali w Ministerstwie, gdy odeszli z niego Mulciberowie. Ale też nie bez powodu w ich rodzinie nie było półkrwistych. I większość z nich nie szłaby na barykady umierać w imię praw mugolaków. Gdyby miała wskazać kogoś z rodziny, kto byłby na to gotów, to bez wątpienia Orion, nigdy nie kryjący się z postępowymi poglądami. Florence widziała swojego wuja jako kogoś, kogo pochłania praca i kto gotów był świadczyć pomoc w działaniach ministerialnych przeciwko organizacji terrorystycznej, ale na pewno nie angażowałby się w tam, gdzie Ministerstwo oficjalnie działać nie mogło.
– Mogę spróbować napomknąć mu parę dobrych słów na twój temat – stwierdziła, wciąż jednak ze zmarszczonym czołem, głównie przez wzgląd na to, że nie była sama pewna, w jaki sposób to zrobić. Przecież nie oświadczy nagle przy śniadaniu „a poza tym awansuj Morpheusa Longbottoma”. Musiała wymyśleć coś innego. – Ale obawiam się, że Departament nic w tej chwili nie wie. A przynajmniej nie wie niczego Gregory lub nie chce się tą wiedzą ze mną podzielić. Jeśli chodzi o cienie… byłabym skłonna zakładać, że to śmierciożercy, ale faktycznie przy tym, co ostatnio dzieje się w Anglii, sama już nie jestem pewna, czy stanowiły metaforę.
Może naprawdę wkrótce zaczną ich atakować cieniste, śmiejące się sylwetki. Nie kojarzyła ich z widmami z Kniei, bo jednak… wizja zabrała ją do jakiegoś miasta – które we śnie zdawało się znajome.
Bulstrode zmarszczyła lekko brwi, w pierwszej chwili nie pojmując, o jakim klubie Morpheus mówi. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach skojarzyła fakty. Pozostawała z boku i raczej tak miało pozostać. Zaoferowała swoje wsparcie z powodu Beltane: zostało przyjęte, bo już wcześniej nieraz udzielała pomocy ofiarom śmierciożerców, a tamtego wieczoru, nie wiedząc, o co chodzi, zgodziła się zostać na miejscu, czekając… i cóż, okazało się, że czekała, aby opatrywać rannych.
Nie czuła się jednak naprawdę jedną z nich i nie była zaznajomiona z nazewnictwem, jakie stosowali.
– Mój wuj jest pracownikiem Ministerstwa. To Ministerstwo jest stroną w tej wojnie i w tym rozumieniu Gregory działa przeciwko śmierciożercom. Bada... to wszystko, co zrobili – stwierdziła Florence spokojnie. – Ale nie jest i z pewnością nie będzie wspierał żadnej organizacji działającej… po cichu. Nawet jeżeli poproszą go o to krewni. Jestem prawie pewna, że zgłosiłby wszystko Ministrze Magii.
Bulstrodowie nie popierali mocno konserwatywnego podejścia, co pokazywał już sam fakt, że zostali w Ministerstwie, gdy odeszli z niego Mulciberowie. Ale też nie bez powodu w ich rodzinie nie było półkrwistych. I większość z nich nie szłaby na barykady umierać w imię praw mugolaków. Gdyby miała wskazać kogoś z rodziny, kto byłby na to gotów, to bez wątpienia Orion, nigdy nie kryjący się z postępowymi poglądami. Florence widziała swojego wuja jako kogoś, kogo pochłania praca i kto gotów był świadczyć pomoc w działaniach ministerialnych przeciwko organizacji terrorystycznej, ale na pewno nie angażowałby się w tam, gdzie Ministerstwo oficjalnie działać nie mogło.
– Mogę spróbować napomknąć mu parę dobrych słów na twój temat – stwierdziła, wciąż jednak ze zmarszczonym czołem, głównie przez wzgląd na to, że nie była sama pewna, w jaki sposób to zrobić. Przecież nie oświadczy nagle przy śniadaniu „a poza tym awansuj Morpheusa Longbottoma”. Musiała wymyśleć coś innego. – Ale obawiam się, że Departament nic w tej chwili nie wie. A przynajmniej nie wie niczego Gregory lub nie chce się tą wiedzą ze mną podzielić. Jeśli chodzi o cienie… byłabym skłonna zakładać, że to śmierciożercy, ale faktycznie przy tym, co ostatnio dzieje się w Anglii, sama już nie jestem pewna, czy stanowiły metaforę.
Może naprawdę wkrótce zaczną ich atakować cieniste, śmiejące się sylwetki. Nie kojarzyła ich z widmami z Kniei, bo jednak… wizja zabrała ją do jakiegoś miasta – które we śnie zdawało się znajome.