- Ach tak, jak mogłabym zapomnieć, no, poza nimi nie zamierzam robić nic specjalnego. - Faktycznie sezon zimowy był dosyć intensywny. Nie wydawało jej się jednak, że gonią aż tak w poszukiwaniu szczęścia, jak większość czarodziejów. Jasne, to nie tak, że zupełnie ignorowali sabaty, wręcz przeciwnie - całkiem godnie spełniali obowiązki, które wynikały z ich pochodzenia. Pokazywali się razem, oczywiście na tych wszystkich balach i innych spędach, bo przecież wypadało zaznaczyć swoją obecność, jednak najbardziej lubiła te momenty, które spędzali we dwoje, w domu, wtulając się w swoje ramiona, po prostu będąc razem. To nieco zmieniło jej podejście do świąt, od kiedy miała je z kim spędzać patrzyła na nie jakoś łaskawiej, zresztą nie tylko na nie.
- Wiem, ale oni nie mają pojęcia, co tracą. - Zima miała swój urok, było w niej coś bajecznego, no może nie w każdej postaci, bo chodziło jej przede wszystkim o te nieliczne momenty, kiedy biały puch okrywał ziemię, a drobne gwiazdki sypały się z nieba. Nie przeszkadzały jej niskie temperatury, nie kiedy mogli się napawać tym pięknem, które ich otaczało. Nie była jakąś przesadną romantyczką, ale zima kojarzyła się jej z czymś wyjątkowym. Zresztą to zimą ich drogi splotły się na dobre, miała sentyment do tej pory roku. Pewnie nigdy się to nie zmieni. Odczuwała nieco to, że nie mogła polować, ale nie wpływało to na te inne, miłe wspomniania.
- Cóż, każdy ma jakieś priorytety, dla niektórych jest to wystrojenie się i zademonstrowanie nowej sukienki, czy coś. - Nigdy nie umiała tego zrozumieć, naprawdę próbowała, ale jej umysł był w pewien sposób najwyraźniej ograniczony. Nigdy nie przejmowała się tym, jak wygląda, jak postrzegają ją inni ludzie, nie było dla niej istotne, czy ma najnowszy model sukienki, czy jakieś niesamowite buty. Miała świadomość, że dla sporej części towarzystwa to było bardzo istotne. Nie daj Merlinie, aby kilka płatków śniegu zaplątało im się we włosy, bo mogłoby to zniszczyć ich wymuskane fryzury. Nie chciała kiedykolwiek tak skończy, właściwie to wiedziała, że nie było to możliwe w jej przypadku. Dla niej zawsze liczyło się coś więcej.
- Czyli jesteśmy umówieni? - Cóż, dobrze się składało. Faktycznie Roise niezbyt często pozwalał sobie na dłuższe urlopy, więc wypadałoby, aby wreszcie trochę odpoczął. Nie miała pojęcia, jak właściwie funkcjonuje Mung, szczególnie gdy patrzyła na to wszystko z boku była zdziwiona, że się jeszcze nie posypał. Zresztą te wszystkie publiczne instytucje zdaniem Yaxleyówny mocno kulały, jak chociażby też ministerstwo. Nim chyba najbardziej gardziła. Nie wiedziała dlaczego jeszcze nikt nie wziął się za jakieś reformy i nie spróbował zmienić tego, w jaki sposób funkcjonowały, cóż pewnie nic się nie zmieni przez najbliższe lata. Nikt nie miał na tyle duży jaj, aby się tym zająć.
Była zadowolona, że jej to nie dotyczyło. Swoją krótką karierę w ministerstwie uważała za porażkę, miała wrażenie, że nie da się tam z nikim dogadać, i że walczy ze ścianą. Właściwie miała sporo szczęścia, że nie musiała się łapać pierwszej, lepszej pracy, tylko faktycznie zajmowała się tym, co od zawsze chciała robić. Miała dużo możliwości, mogła przyjmować tylko te zlecenia, które faktycznie ją interesowały (no, chyba, że bardzo się nudziła, to brała je jak leci). Mogła nie pracować, kiedy tylko miała na to ochotę, to na pewno bardzo pomagało ułożyć sobie ich rutynę. Miała możliwość dzięki temu spędzać z Roisem więcej czasu, w jakiś sposób planować wszystkie sprawy, aby spinały się odpowiednio czasowo, oczywiście, że nie zawsze było to możliwe, jednak w naprawdę sporej ilości przypadków. Mało kto miał problem z tym, aby poczekać, dzień, czy dwa dłużej na wykonane zlecenie. Nie narzekała też specjalnie na swoje finanse, wiodło jej się całkiem nieźle, zwłaszcza gdy trafiła jedno, czy drugie lepsze zlecenie, bardziej unikatowe stworzenie, które zdecydowanie były więcej warte.
Lubiła się czuć niezależnie jeśli chodzi o swoje finanse, mieć jakieś zabezpieczenie, poduszkę finansową, aby móc pozwolić sobie na własne zachcianki, nie, żeby było ich zbyt wiele, ale czuła się jakoś pewniej, gdy nie musiała się tym przejmować. Zresztą uwielbiała swoją pracę, nie wyobrażała sobie sytuacji, w które miałaby z niej całkowicie zrezygnować, na szczęście nikt od niej tego nie wymagał. Te jej zimowe przestoje nie kolidowały jej za bardzo z niczym, przywykła do nich, stały się dla niej nową tradycją, która pojawiła się w jej życiu od kiedy zaczęli być razem. Z początku było to nieco trudne, ale z czasem stało się normalne. Zresztą nie potrafiłaby wyjechać na miesiąc, czy dwa, to już nie było dla niej takie proste. Kiedyś nie miała z tym większego problemu, bo nikt nie czekał na nią w domu. Od kiedy to się zmieniło, zmieniły się też jej priorytety. Wolała siedzieć z nim na parapecie, obserwując niebo; spadające, drobne płatki śniegu, niżeli uganiać się za sfinksami w Afryce. Nie czuła, że coś przez to traciła, już nie. Kiedyś bała się ograniczenia swojej wolności, nie podejrzewała, że znajdzie się ktoś, kto będzie mógł zmienić jej zdanie, dlatego nigdy nie ładowała się w żadne stałe relacje, ale teraz, teraz wiedziała, że warto było odważyć się to zrobić te cztery lata temu. Niczego nie żałowała, została opętana przez Greengrassa i jej to odpowiadało. Mimo, że czasem ją irytował, potrafić wkurwić, jak nikt inny, to jednak też pokochała go w taki sposób, w jaki nikogo wcześniej. Nie wiedziała, że jest w ogóle zdolna do takich silnych uczuć.
- Nie muszę polować, wiosną sobie trochę odbiję tę zimę. - Zazwyczaj tak robiła. Kiedy przychodziła wiosna korzystała z atrakcyjnej pogody i spędzała w lasach więcej czasu. Nadrabiała zaległości, korzystała z dłuższych dni, robiła to co kochała. Nie musiała więc jakoś gonić za tym, żeby spędzać w ten sposób ich urlop, to nie było potrzbne. Mogli robić razem zdecydowanie inne, ciekawsze rzeczy. Nie musiała go mieszać w swoje sprawy zawodowe.
- Wystarczy rezerwat, możemy odpuścić polowanie. - Nie miała nic przeciwko temu, oglądanie smoków też było całkiem atrakcyjne, więc nie potrzebowała nic więcej z atrakcji dla siebie samej, nie sądziła bowiem, że Ambroise będzie się tym chociaż odrobinę ekscytował. - To nie tak, że są nudne... - To nie do końca tak, że uważała jego zainteresowania za nudne, bardziej hmm, mało interesujące, czy coś? - Może trochę, ale jestem w stanie się przemęczyć, oczywiście tylko trochę. - Wolałaby nie zasypiać na stojąco słuchając zbyt długo o eliksirach, ziołach, czy innych takich, krótsze treści bez większego problemu była w stanie zarejestrować. - To chyba brzmi jak całkiem niezły plan. - Dodała jeszcze, bo właściwie sam pomysł naprawdę się jej spodobał.
Ustalili wstępnie, jak może wyglądać ta ich wycieczka, cóż, teraz będzie miała na co oczekiwać. Lubiła mieć jakieś konkretne plany, bo dzięki temu znajdowała sobie cel, do którego mogła odliczać. Często były to jakieś drobne rzeczy, jak chociażby weekend spędzony w Whitby, nie wiedzieć czemu sprawiało jej to ogromną przyjemność. Szczególnie zimą, gdzie głównie to czekała na wiosnę, nie, żeby jej to przeszkadzało, bo to też było w pewien sposób ekscytujące. Odliczanie do momentu, kiedy słońce wyrwie się z zimowego snu i będzie dłużej pozostawało na niebie.
- Rzodkiewki są dobre dla saren, zajęcy, królików, czy innych takich. Nie dla ludzi. - Oczywiście, że zamierzała podkreślić, że warzywa jej zdaniem nadawały się głównie na pokarm dla zwierząt, nic się jeśli o to chodzi nie zmieniło. Podstawą jej diety było od zawsze mięso, gdyby sama miała wybierać swoje posiłki, to pewnie z jej jadłospisu zniknęłyby wszystkie warzywne elementy, tyle, że to Roise ich karmił, więc nie do końca miała na to wpływ. Musiała jeść to, co dla niej przygotował, więc czasem sięgała po te nieszczęsne rośliny. Nie była bowiem jeszcze tak zdesperowana, aby sama nauczyła się gotować, to miało się nigdy nie zdarzyć.
- Nie wiem, czy będziemy mieli szansę się przekonać. - Jakoś nie zakładała, że będzie osobą, która postanowi zamówić sobie tort z kwiatkami nasturcji, czy jakimiś innymi. Rzadko kiedy sięgała po słodycze, nie przepadała za nimi jakoś specjalnie, jeśli już to wybierała wszystko, co miało w sobie alkohol - Merlinie dzięki temu, kto wymyślił, że czekolada i alkohol całkiem nieźle ze sobą współgrają. Nie była w tym jakoś specjalnie hop do przodu, nie podążała za trendami, nie miała pojęcia, jakie desery są aktualnie na topie. Jakoś nigdy specjalnie jej to nie interesowało, ale wiedziała, że są ludzie, którzy przywiązywali do tego wagę, co nawet odrobinę ją bawiło, chociaż wiadomo jak jest, zainteresowania mógły być różne, niektórzy mogli cieszyć się z kupna i zjedzenia nowego rodzaju ciasta.
- Wiem, akurat z tego sobie zdaję sprawę. - Przypominały jej o tym wszystkie blizny, które nosiła z dumą na swoim ciele. Nie każde doświadczenie było szczególnie przyjemne, ale przypominało jej też o innych sprawach, jak chociażby to, że nie jest nieśmiertelna i musi uważać, bo zdecydowanie chciała żyć jak najdłużej. Szczególnie od momentu, w którym miała dla kogo żyć, wtedy zmienił się sposób w jaki zaczęła postrzegać wiele spraw. Przestała niepotrzebnie ryzykować, nabrała nieco dystansu i starała się podejmować jedynie słuszne decyzje - nie zawsze jej to wychodziło, ale naprawdę się starała.
- Coś ty, ja śmiałabym ci zarzucić, że się rządzisz? Nie ma szans. - Starała się nie roześmiać, bo wręcz przeciwnie to było całkiem prawdopodobne. Lubiła mieć wybór, jakikolwiek, ale samo to, że mogła sama decydować było dla niej dość istotne. Nawet jeśli decyzje, które podejmowała były całkiem przewidywalne.
- Kiedyś się zdziwisz. - Tak, liczyła na to, że kiedyś jeszcze go zaskoczy i podejmie taką decyzję, której nie będzie się spodziewał. Lubiła go zaskakiwać, bo robił wtedy taką śmieszną minę i marszczył czoło, może nawet specjalnie postąpi wbrew sobie, aby móc napawać się tym widokiem. Oczywiście, że była skłonna to zrobić.
Nigdzie się nie spieszyli, mogli pozwolić sobie na kolejne minuty napawania się swoim towarzystwem, tym razem zdecydowanie mniej intensywnie, ale słodkie pocałunki, też miały w sobie wiele uroku. Położyła prawą dłoń na policzku mężczyny i bardzo delikatnie głaskała nią go po twarzy. Chwile, jak te mogłyby się nigdy nie kończyć, właściwie to ich życie było przecież jedną, wielką niekończącą się sielanką, więc nie miała na co narzekać.