17.11.2024, 12:31 ✶
Minął miesiąc i trochę. I nic, dalej musiał siedzieć w tym przeklętym mieście otoczony ludźmi, których nie rozumiał, nie lubił i na Knieję, nie chciał lubić. Czuł ich wzrok na swoich plecach, słyszał szepty za plecami, ich zapach doprowadzał go zbyt często do salwy kichnięć. Kobiety oblane martwymi kwiatami, mężczyźni cuchnący zmęczeniem całego dnia.
Mieszkał u Lizzy w stodole, razem z Białką i Miłką - swoimi kochanymi kozami, oraz Corgie - krnąbrną kurą, która szczęśliwie w swojej krnąbrności nie postanowiła wrócić do nawiedzonego lasu. Były one takim przyjemnym zakotwiczeniem w normalności, w twarzach które znał, szorstkości futra, lepkości odchodów, dźwiękach przeżuwania, czy niekończącego się gdakania. Ale nie mógł siedzieć zamknięty w stodółce aż ktoś wygoni widma.
On sam oczywiście nie mógł tego zrobić, był tylko chłopcem z Kniei, jednym ze zwierząt ranionych pradawną magią, życiem, które zmuszone zostało wynieść się, gdy pośród drzew roztańczyła się śmierć.
Był przygnębiony i już lekko wcięty. Ktoś na niego zapstrykał - to normalne? Czy tak ten dziwaczny gatunek nawiązywał stosunki społeczne? Nie znał ich rytuałów, nie rozumiał czemu trzeba mówić dzień dobry, przepraszam, dziękuję. Nie rozumiał tego pstrykania, ale komunikat słowny wyszczekany przez przybysza był jasny.
Nie chciał kłopotów. Wstał i przysiadł się do niego z własnym, niemal ukończonym kuflem piwa.
Wyglądał jak obdartus. Robinson Crusoe we własnej osobie. Wysoki i szczupły mężczyzna chodził przygarbiony, lekko pokrzywony, jak samotna brzoza szarpana wiatrem w te i wewte. Jasne jak snopy zboża włosy były nieokrzesane, przydługie, w jednym miejscu ewidentnie posiadające w ramach wątpliwej ozdoby kilka zapodzianych słomek z "leża". Obfity zarost był nieco ciemniejszy, z pewnością nie dotykała go od dawno brzytwa czy choćby nożyczki, które mogłyby poskromić grubsze włosy. Jego dłonie był spękane od roboty, szczupłe palce nosiły ślady licznych odcisków właściwych klasie robotniczej. I tylko oczy, jasne, błękitne, szlachetne oczy patrzące nieufnie na Louviana zdradzały, że w tym chłopie może być cokolwiek więcej.
Kuzyni
Żaden z nich nie był tego świadom.
Usiadł i pił dalej ze swojego kufla, nie będąc za bardzo pewien czy tak właśnie spełnia prośbę nieznajomego. Logicznie spełniał ją, ale... kto wie co ludziom chodzi po głowie.
Mieszkał u Lizzy w stodole, razem z Białką i Miłką - swoimi kochanymi kozami, oraz Corgie - krnąbrną kurą, która szczęśliwie w swojej krnąbrności nie postanowiła wrócić do nawiedzonego lasu. Były one takim przyjemnym zakotwiczeniem w normalności, w twarzach które znał, szorstkości futra, lepkości odchodów, dźwiękach przeżuwania, czy niekończącego się gdakania. Ale nie mógł siedzieć zamknięty w stodółce aż ktoś wygoni widma.
On sam oczywiście nie mógł tego zrobić, był tylko chłopcem z Kniei, jednym ze zwierząt ranionych pradawną magią, życiem, które zmuszone zostało wynieść się, gdy pośród drzew roztańczyła się śmierć.
Był przygnębiony i już lekko wcięty. Ktoś na niego zapstrykał - to normalne? Czy tak ten dziwaczny gatunek nawiązywał stosunki społeczne? Nie znał ich rytuałów, nie rozumiał czemu trzeba mówić dzień dobry, przepraszam, dziękuję. Nie rozumiał tego pstrykania, ale komunikat słowny wyszczekany przez przybysza był jasny.
Nie chciał kłopotów. Wstał i przysiadł się do niego z własnym, niemal ukończonym kuflem piwa.
Wyglądał jak obdartus. Robinson Crusoe we własnej osobie. Wysoki i szczupły mężczyzna chodził przygarbiony, lekko pokrzywony, jak samotna brzoza szarpana wiatrem w te i wewte. Jasne jak snopy zboża włosy były nieokrzesane, przydługie, w jednym miejscu ewidentnie posiadające w ramach wątpliwej ozdoby kilka zapodzianych słomek z "leża". Obfity zarost był nieco ciemniejszy, z pewnością nie dotykała go od dawno brzytwa czy choćby nożyczki, które mogłyby poskromić grubsze włosy. Jego dłonie był spękane od roboty, szczupłe palce nosiły ślady licznych odcisków właściwych klasie robotniczej. I tylko oczy, jasne, błękitne, szlachetne oczy patrzące nieufnie na Louviana zdradzały, że w tym chłopie może być cokolwiek więcej.
Kuzyni
Żaden z nich nie był tego świadom.
Usiadł i pił dalej ze swojego kufla, nie będąc za bardzo pewien czy tak właśnie spełnia prośbę nieznajomego. Logicznie spełniał ją, ale... kto wie co ludziom chodzi po głowie.