17.11.2024, 17:14 ✶
- Dlaczego nie mogłeś?
Powiedział to bardzo cicho. Miał wrażenie, że odrobinę zbyt cicho, aby wziąć to pytanie na poważnie. Trzymał go za tę rękę, chociaż uścisk już zelżał, a pozycja musiała być niewygodna przy próbach spełnienia jego życzenia. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej - zwyczajnie pytał, chciał zrozumieć głębiej to, co czuł Laurent, samemu pozostając kimś równie trudnym do odczytania co wcześniej. Jego oczy rozbłysły dopiero wtedy, kiedy po ucieknięciu wzrokiem w kierunku adaptera usłyszał kilka pierwszych nut Rock and Roll Suicide, od których momentalnie się zapowietrzył.
Istniało wielu muzyków, którzy przelewali na swoje dzieła tyle emocji i magii, aby zawrzeć w nich coś niezwykłego, zniewalającego umysł i duszę (i kto wiedział to lepiej niż Laurent?), ale David Bowie zdecydowanie był mugolem. Spokojna, cicha piosenka o mierzeniu się z głęboką melancholią przez kogoś, na kim bardzo ci zależy, ale nie potrafisz mu pomóc, poniosła się po cichym teraz salonie, a Crow zdawał się reagować na nią wyjątkowo mocno. Tylko dlatego, że na nią czekał? Raczej nie - to było, jakby skupiwszy się na muzyce docierającej do ich uszu z automatycznego gramofonu, zaczął odpływać w jej kierunku. Wcześniej swobodnie splecione palce zacisnęły się na dłoni blondyna, a on wydawał się reagować na te nuty z wysokim, emocjonalnym zaangażowaniem. Z pewnością znaczyło to dla niego coś więcej - ten mugolski grajek zagrał na nim jak na fortepianie, naciskając na wszystkie odpowiednie klawisze sprawiające, że drgał i nie wiedział, co ze sobą zrobić.
Muzyka go zmieniła. Przestał być taki sztywny, rozluźnił mięśnie, przestał palić papierosa (odłożył go na talerz) i zgarbił się lekko. Przygryzł na moment wargę, chyba szukał słów, którymi mógłby sam przerwać ciszę i kiedy wreszcie wydusił z siebie krótkie:
- Nie chcę... - Zamarł. Wziął głęboki wdech, po czym wolną z dłoni zatkał jego usta. Delikatnie, ale nachalnie. - Nie chcę, żebyś myślał, że jesteś sam. Nie... - Błądził, wpierw powtarzając słowa usłyszanego utworu, pokazując tym samym, że musiały być dla niego jakimś pójściem wyjścia. Dla człowieka, który twierdził, że nie lubił poezji, poetyckich zrywów, uniesień tej kategorii. Trzymał go w takiej niepewności, wskazując mu na swoją niechęć do tego, żeby się odzywał tak długo, że musiał translokować adapter i wyłączyć go z zasilania, żeby móc skupić myśli i nie wypaść z rytmu, bo piosenka dobiegła końca kilkanaście sekund temu, a kolejna z nich wprowadzała do sceny zupełnie inną atmosferę. - Nie... lubię myśleć o tym, że siedzisz w tym domu, k-którego nienawidzisz kompletnie sam, przy wazonie pełnym kwiatów doprowadzających cię do pła-aczu, wypełniając dziennik i myśląc, że to nic dla mnie nie znaczy.
Powiedział to bardzo cicho. Miał wrażenie, że odrobinę zbyt cicho, aby wziąć to pytanie na poważnie. Trzymał go za tę rękę, chociaż uścisk już zelżał, a pozycja musiała być niewygodna przy próbach spełnienia jego życzenia. Nie był w stanie powiedzieć nic więcej - zwyczajnie pytał, chciał zrozumieć głębiej to, co czuł Laurent, samemu pozostając kimś równie trudnym do odczytania co wcześniej. Jego oczy rozbłysły dopiero wtedy, kiedy po ucieknięciu wzrokiem w kierunku adaptera usłyszał kilka pierwszych nut Rock and Roll Suicide, od których momentalnie się zapowietrzył.
Istniało wielu muzyków, którzy przelewali na swoje dzieła tyle emocji i magii, aby zawrzeć w nich coś niezwykłego, zniewalającego umysł i duszę (i kto wiedział to lepiej niż Laurent?), ale David Bowie zdecydowanie był mugolem. Spokojna, cicha piosenka o mierzeniu się z głęboką melancholią przez kogoś, na kim bardzo ci zależy, ale nie potrafisz mu pomóc, poniosła się po cichym teraz salonie, a Crow zdawał się reagować na nią wyjątkowo mocno. Tylko dlatego, że na nią czekał? Raczej nie - to było, jakby skupiwszy się na muzyce docierającej do ich uszu z automatycznego gramofonu, zaczął odpływać w jej kierunku. Wcześniej swobodnie splecione palce zacisnęły się na dłoni blondyna, a on wydawał się reagować na te nuty z wysokim, emocjonalnym zaangażowaniem. Z pewnością znaczyło to dla niego coś więcej - ten mugolski grajek zagrał na nim jak na fortepianie, naciskając na wszystkie odpowiednie klawisze sprawiające, że drgał i nie wiedział, co ze sobą zrobić.
Muzyka go zmieniła. Przestał być taki sztywny, rozluźnił mięśnie, przestał palić papierosa (odłożył go na talerz) i zgarbił się lekko. Przygryzł na moment wargę, chyba szukał słów, którymi mógłby sam przerwać ciszę i kiedy wreszcie wydusił z siebie krótkie:
- Nie chcę... - Zamarł. Wziął głęboki wdech, po czym wolną z dłoni zatkał jego usta. Delikatnie, ale nachalnie. - Nie chcę, żebyś myślał, że jesteś sam. Nie... - Błądził, wpierw powtarzając słowa usłyszanego utworu, pokazując tym samym, że musiały być dla niego jakimś pójściem wyjścia. Dla człowieka, który twierdził, że nie lubił poezji, poetyckich zrywów, uniesień tej kategorii. Trzymał go w takiej niepewności, wskazując mu na swoją niechęć do tego, żeby się odzywał tak długo, że musiał translokować adapter i wyłączyć go z zasilania, żeby móc skupić myśli i nie wypaść z rytmu, bo piosenka dobiegła końca kilkanaście sekund temu, a kolejna z nich wprowadzała do sceny zupełnie inną atmosferę. - Nie... lubię myśleć o tym, że siedzisz w tym domu, k-którego nienawidzisz kompletnie sam, przy wazonie pełnym kwiatów doprowadzających cię do pła-aczu, wypełniając dziennik i myśląc, że to nic dla mnie nie znaczy.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.