17.11.2024, 21:07 ✶
– Tylko jeśli ty chcesz o tym opowiedzieć – odparła Florence bez wahania. Czy zamierzała spytać? Tak, gdy już siedliby nad tą herbatą, ale nie tyleż, co się stało, a czy chciał o tym porozmawiać. Krukoni byli niby dociekliwi, ale jak na Krukonkę, Florence była istotą niezmiernie mało ciekawską – bardziej interesował ją Laurent niż historia sama w sobie. Znała już kluczowe elementy, przede wszystkim dotyczące zatonięcia statku i obrażeń Laurenta. Wiedziała, że to nie była jego wina i nie wydawało się też, by było to wydarzenie, które potem miałoby wrócić i spaść na niego niespodziewanie, jak „wypadek” w Little Hangleton. Nie było to więc coś, co musiała wiedzieć: nic o co mogłaby naciskać.
To czy chciała usłyszeć tę historię, zależało raczej od tego czy jej opowiedzenie miało być jak wyrzucenie z siebie trucizny, zatruwającej organizm, czy jak zażycie kolejnej jej dawki.
– Też tam byłam – przyznała Florence. – Nic mnie nie spotkało, opuściłam ośrodek, gdy wydawało się, że nieumarłych nie ma, ale o tym, że ty też byłeś w pobliżu, dowiedziałam się dopiero niedawno z plotek.
Basilius został w ośrodku i cóż, został wciągnięty przez korzenie, a poza tym znalazł Bagshota, to dotarło więc do uszu Florence bardzo szybko, a ona była zirytowana, że w ogóle się w to angażował. Jeśli szło o Laurenta, to o jego przygodach wiedziała niewiele… a raczej nie była do końca świadoma, że wziął udział w tej samej historii, o której opowiadała Geraldine.
– Co ty tam robiłeś, Laurencie? – spytała łagodnie, bo wprawdzie nie zamierzała pytać o to początkowo teraz, gdy miał za sobą zatonięcie statku, ale sam rozpoczął temat. Nie był aurorem. Nie był nawet pracownikiem Ministerstwa. I komuś takiemu jak Florence, kto sam nigdy nie szukał przygód, a jeżeli w coś się angażował, to dlatego, że tak nakazywało poczucie obowiązku uzdrowiciela, zupełnie nie mieściło się w głowie, dlaczego w ogóle Laurent angażował się w poszukiwania zaginionego historyka magii gdzieś, gdzie pojawili się nieumarli.
– Zgłosiłeś to? – zapytała, zamierając w pół ruchu, gdy miała już pokierować unosząca się w powietrzu skrzyneczkę ku drzwiom i spytać Laurenta, gdzie dokładnie chciał zamontować przekładnię. Na razie pozostawiła temat Victorii (choć żywo ją interesował: może nie względu na samą aurorkę, którą znała przecież słabo, ale w końcu dzieliła „przypadłość” z Patrickiem oraz Atreusem), zwracając na Prewetta zaniepokojone spojrzenie. Bo o ile zatonięcie statku nie mogło mieć wiele wspólnego z jego problemami z przestępcami ze Ścieżek, o tyle już skąd pewność, że ta kradzież nie wiązała się z ich działalnością?
W końcu posiadając różdżkę czarodzieja, miało się pewne możliwości.
To czy chciała usłyszeć tę historię, zależało raczej od tego czy jej opowiedzenie miało być jak wyrzucenie z siebie trucizny, zatruwającej organizm, czy jak zażycie kolejnej jej dawki.
– Też tam byłam – przyznała Florence. – Nic mnie nie spotkało, opuściłam ośrodek, gdy wydawało się, że nieumarłych nie ma, ale o tym, że ty też byłeś w pobliżu, dowiedziałam się dopiero niedawno z plotek.
Basilius został w ośrodku i cóż, został wciągnięty przez korzenie, a poza tym znalazł Bagshota, to dotarło więc do uszu Florence bardzo szybko, a ona była zirytowana, że w ogóle się w to angażował. Jeśli szło o Laurenta, to o jego przygodach wiedziała niewiele… a raczej nie była do końca świadoma, że wziął udział w tej samej historii, o której opowiadała Geraldine.
– Co ty tam robiłeś, Laurencie? – spytała łagodnie, bo wprawdzie nie zamierzała pytać o to początkowo teraz, gdy miał za sobą zatonięcie statku, ale sam rozpoczął temat. Nie był aurorem. Nie był nawet pracownikiem Ministerstwa. I komuś takiemu jak Florence, kto sam nigdy nie szukał przygód, a jeżeli w coś się angażował, to dlatego, że tak nakazywało poczucie obowiązku uzdrowiciela, zupełnie nie mieściło się w głowie, dlaczego w ogóle Laurent angażował się w poszukiwania zaginionego historyka magii gdzieś, gdzie pojawili się nieumarli.
– Zgłosiłeś to? – zapytała, zamierając w pół ruchu, gdy miała już pokierować unosząca się w powietrzu skrzyneczkę ku drzwiom i spytać Laurenta, gdzie dokładnie chciał zamontować przekładnię. Na razie pozostawiła temat Victorii (choć żywo ją interesował: może nie względu na samą aurorkę, którą znała przecież słabo, ale w końcu dzieliła „przypadłość” z Patrickiem oraz Atreusem), zwracając na Prewetta zaniepokojone spojrzenie. Bo o ile zatonięcie statku nie mogło mieć wiele wspólnego z jego problemami z przestępcami ze Ścieżek, o tyle już skąd pewność, że ta kradzież nie wiązała się z ich działalnością?
W końcu posiadając różdżkę czarodzieja, miało się pewne możliwości.