Zerwaliśmy ze sobą zanim zaczęliśmy chodzić. To brzmiało tak, jakby w ogóle można było mówić o jakimkolwiek "chodzeniu". Czy to naprawdę brzmiało jak mowa pożegnalna? Chciał się żegnać? On, właśnie z Flynnem? Jaka była różnica między poczuciem, co się powinno zrobić, a czego się chciało? Szczególnie, kiedy właśnie chciałeś tego, co być powinno. A mimo to rzeczywiście zabrzmiało tak... to brzmiało tak dramatycznie. Nie powinno? Nie, och nie - powinno. Powinno właśnie tak brzmieć, bo to było dramatyczne. Ale Laurent nie potrafił poczuć tej dramaturgii. Smutku. Gniewu. Nie potrafił... po prostu tego nie czuł. Tak jakby część jego została wycięta którymś z wczorajszych czarów, albo przelała się wraz z krwią. A może pozostała po drugiej stronie tej pustki, której jednak nie pożądał? Bo pożądał tej samej, ciągle stałej - tej, która teraz wylewała łzy i rodziła w sobie gniew na miejsce smutku. Lub gorycz. Jedno z drugim potrafiło być bardzo tożsame.
- O jakim zerwaniu mówisz... - Brzmiało tak abstrakcyjnie, tak... niedorzecznie. No właśnie - mówić o zrywaniu, kiedy było... co w zasadzie? Tak, zrywanie relacji, ale nie było tu żadnej relacji poza problemem, poza toksyczną plątaniną, w której był problemem dla Flynna na wielu płaszczyznach. Gdzie żaden z nich nie mógł wyjść naprzeciw oczekiwaniom drugiego, bo za dużo niedopowiedzeń i za dużo osób ich od siebie dzieliło.
Zagubił się w wichurze ognia, który zatańczył wokół nich.
- Mówię o tym, że...
Albo: chciałem powiedzieć? Planowałem to ująć? A może wszystko w sumie zostało powiedziane tak, jak powinno? Nie, no przecież, że zawsze dało się coś ująć lepiej. Nie chciał go ranić. Krzywdzić. Siebie też już krzywdzić nie chciał. Cokolwiek jednak chciał, a przede wszystkim chciał dokończyć swoje zdanie, nie zrobił tego - świat zawirował.
Zawirowała też jego głowa i wczepił się jak miś koala w ramiona Flynna (albo inny ślimak w liść kapusty), czując kamyki i ziemię pod swoimi nogami. Nogami, które teraz musiał wyprostować i na nich stanąć, bo już nie miało co go podpierać i gdyby nie siła Flynna to pewnie by właśnie wyrżnęli obaj w dół.
Rozejrzał się wokół - po tym morzu zieleni. Gdzieś tam czując jakiś zawód, jakąś tęsknotę, że nigdy nie było Matki, na której łono mógłby wrócić. Tej Matki Wody, która bez przerwy do niego szemrała i obiecywała, że pod lazurem będzie lepiej. Często było.
Było też bardziej samotnie.
- Czemu tu jesteśmy? - Pytanie "gdzie jesteśmy" w zasadzie nie miało sensu, bo nie miało to znaczenia, GDZIE byli. Istotne było to, DLACZEGO tu byli.