Byłby bardzo nie-sobą, gdyby nie zadał sobie pytania o to, dlaczego Perseusz chce się z nim spotkać. No - dlaczego? Pytanie zadane, więc gdzie twoja odpowiedź, paniczu Prewett? Zadać pytanie a aktywnie szukać na nie odpowiedzi, aktywnie szukać - a ją znaleźć. Dostrzegasz te różnice, prawda? Cisza była czasem najlepszym wyborem - szczególnie w umyśle. A on potrzebował ciszy. Był zmęczony hałasem własnej głowy, a tym bardziej hałasem ludzi. Hałasem wielkiego świata i hałasem małych światów odczuć. Ta dziwna więź, ta czerwona nić między nim i Perseusem była wszystkim, ale nie czymś spokojnym. Była kolejną krzywdą bez względu na to, czy zostanie przeciągnięta na którąś ze stron, zerwana, czy na nowo spleciona w kłębek. Trzymanie jej w bezruchu też nie służyło niczemu dobrego. Jakoś w tej chwili było mu zupełnie obojętnie, co mogłoby się stać. Krytycyzm historii, która miała się potoczyć, spleciona była z nici goryczy. Obojętność była perłami na gładkim materiale.
Podobał mu się ton głosu Perseusa. Podobała mu się ta biel, chociaż nie chciałby, żeby dla niego miało się zmieniać coś w jego życiu, co lubił. Lubił czerń? Musiał lubić. Czy słowami powiedział, że czuł się w niej bezpiecznie, czy to był jeden z uśmiechów, jedno ze spojrzeń? Albo tylko czysta imaginacja. Laurent dobrze wiedział - ludzie czuli się bezpiecznie wśród tego, co znali. Biel wydawała się bardzo gwałtownym przeskokiem z tego, co uważał za przyjemne, swoje, normalne. A może tak naprawdę nigdy nie lubił czerni, która odzwierciedlała mrok, jakim się okrywał? Posłał krótki uśmiech mężczyźnie i skinął mu głową w podziękowaniu i potwierdzeniu jednocześnie. Nie, nie musisz się martwić, rozgoszczę się. Nie spadnie diadem z jego głowy, że skrzat nie obsłuży mości Pana. Nawet jeśli sam był mocno przyzwyczajony do tego, że skrzaty były wszędzie i obsługiwały czarodziejską socjetę. Traktowano je raz gorzej, raz lepiej, a najlepiej wiedział, jak problematyczne było wyzwolenie takiego, by zyskał wolność. Wiedział, bo próbował.
Tutaj nie było fioletowego blasku jeziora, za to był blask dnia wpadający przez okno. Prosto na te słoneczniki, które jak promienie słońca ogrzewało jego chłodne wnętrze. Skóry jednak chłodnej nie miał - ogrzało je letnie słońce, zanim tu doleciał. Podszedł do tego stolika i sięgnął palcami do żółtych płatków. Małe radości, niezbyt spektakularne - przecież tych kwiatów potrafiły rosnąć setki na polach. Potem je zakopywano w ziemi, żeby ją użyźniły - widział to nie raz. Nikt nie zawracał sobie głowy ich ścinaniem. Może nikt oprócz niego. Jego matka ceniła sobie zdecydowanie bardziej wysublimowane bukiety. Niestety przez swoje lata życia odkrył, że pieniądze wydane na kwiaty nie mogły kupić tego, by zostały dla ciebie stworzone z uczuciem. Nawet jeśli ułożą je najzdolniejsze ręce florystki na po tej stronie Tamizy.
Kilka osób mi to powiedziało. Dla wielu była to klątwa. Urocze tremble strun głosowych były jak świergot kosa wzlatującego popołudniem na parapet domu. Jego piękna pieśń miała chyba tylko jeden cel - uszczęśliwienie świata. Słowa Perseusa zdawały się też mieć tylko jeden cel - uszczęśliwienie Laurenta Prewetta. Jeśli cel był taki to był udany, chociaż nie zero jedynkowo. Pewnie nie było teraz takich słów, które nie przyniosłyby razem ze sobą smutku. Przemęczenie? To może być przemęczenie.
- Nie chciałbym cię fatygować... wszystko w porządku z nogą? - Z ręką? Winny, który nosi poczucie winy jak kolię z pereł, nie chce widzieć swoich dowodów zbrodni. Te zaś były bardzo wyraźne na bladej skórze Perseusa, którego rękawy koszuli nie zostały opuszczone w dół. Celowe działanie, czy może przypadkowe? Blondyn nie wiedział, ale nie miał mu niczego za złe. To, że nie chciał, żeby je nosił nie znaczyło, że udawał, że nie ma problemu. Czego zresztą dowodem był podarunek, który mu przyniósł. Poczucie winy chwilowo było tak samo odległym odczuciem jak czysta radość, jak miłość, jak gniew. Zatrzymajmy się. Opuśćmy w dół. W nicości wszystko wydawało się klarowniejsze.
Potrzeba wypicia herbaty nagle wydawała się całkiem głupia, bo przecież - no tak - Perseus nie miał skrzata. W swojej naturze miał przeproszenie za coś takiego - nie przeprosił jednak. Potrzebował herbaty, bo mimo ciepła lata to wcale nie czuł się rozgrzany. I być może czarnowłosy też tego potrzebował, bo chyba bardziej niż chętnie poszedł ją sporządzić. A kiedy wrócił to drżenie jego dłoni stawiało pytanie, czy to nerwy, stres, czy może jakaś choroba.
- Chciałbym, by było piękne. Bardzo łatwo przyszło ci zapomnienie, czyje kły nosisz na swoim przedramieniu. - Nie powiedział tego z wyrzutem czy z głębokim smutkiem, ale ciężko mówić o dużej radości. Miało zabrzmieć trochę lżej, mniej dramatycznie, niż dramatyzm, jaki na falach życiach układał im świat. Wystarczy, już dość. Sam fakt, że był w posiadaniu takich ostrych narzędzi była straszna. Jakoś kiedy zwierzęta zabijały, by przeżyć, posiadanie kłów wydawało się poprawne. Kiedy to człowiek używał ich do zranienia drugiego człowieka - już nie. - Bardzo mi miło. Z czym takim skojarzyłem się dżentelmenowi takiemu jak Perseus Black... jestem ciekaw... - Damę można było tu oskarżyć o pruderyjność, a Laurenta w tym momencie ledwo o kokieterię. Ten uśmiech, ocieplony ton, przesunięcie palcami po pudełku, którego nie otworzył, celowo przedłużając ten moment. Strzelał, że Perseus przeżywa ten prezent. Pomyliłby się? Nie sądził. A każdy moment oczekiwania przedłużał tę niecierpliwość, obawy. Kumulował emocje. Pudełko nie zostało jeszcze otworzone. Laurent podniósł wzrok znad niego na Perseusa. - Choć goszczę w twoich myślach nie tylko na widok biżuterii.