18.11.2024, 00:36 ✶
Parsknęła cicho; sugestia Alastora była jak najbardziej słuszna, ale jakoś rozbawiła ją myśl, że rodzice Perseuszka dali mu tak szerokie pole do popisu, że aż do ostatniej chwili i świadectwa własnych oczu nie byli świadomi, kto będzie zaproszony na wesele.
- Może naiwnie sądzili, że durniejszej rzeczy od rozwodu z moją siostrą nie uda mu się zorganizować - rzuciła lekko, nie ukrywając ani rozbawienia, ani cynicznego zabarwienia w głosie. Hipokryzja tego, że taki docinek opuścił usta akurat aspirującej rozwódki w tym momencie jeszcze do niej nie dotarła.
Średnio chciała wierzyć w tak zaawansowaną głupotę państwa Black. Nie znała swojego byłego szwagra wybitnie, ale miała z nim do czynienia odpowiednią ilość razy, by nie być w stanie pokładać wiary w jego rozsądek - oni natomiast znali go przecież od kołyski, więc tym bardziej powinni wiedzieć, że to raczej niemrawy na umyśle egzemplarz dziedzica. Gdyby była jego matką, krążyłaby nad nim niczym sęp, pocąc się ze stresu po nocach, że bez odpowiedniej jurysdykcji wpadnie na jakiś idiotyczny pomysł, który doprowadzi rodzinną renomę do ruiny. I, biorąc pod uwagę temat ich rozmowy, miałaby rację.
Z drugiej jednak strony, skoro rodzony ojciec Eden z dnia na dzień głupiał, to może i starych Blacków dopadła ta sama przypadłość.
- Owszem, zdarzają się buntownicy, Alek. - Nie patrz tak na mnie. - Tylko to nie jest przypadek buntu, bo bunt ma to do siebie, że zwykle jest przemyślany. Tutaj mamy do czynienia z przypadkiem bezbrzeżnej głupoty i braku refleksji - wypluwała z siebie słowa, chcąc brzmieć pewnie, może karcąco, ale nie było w tym ani krzty skupienia, bo jego całość poświęcała na ucieczce przed oczyma Moody'ego. Nie była w ciemię bita, choć z coraz większą częstotliwością tego żałowała; sugestia była niby niema, a jakimś cudem dudniała w głowie Eden. Niebywałe.
- Doprowadził do tego Percy, nie owijajmy w bawełnę - powiedziała to z dziwną dozą frustracji, jakby z dziwnych przyczyn rozjuszyła ją ta próba domniemania niewinności. A może przyczyną było coś innego? - I wybacz, jeśli oczekujesz ode mnie współczucia w kwestii tarapatów, w jakie sam się wpakował, ale jakoś średnio wzrusza mnie los kogoś, kto świadomie, bądź nie, naraził na niebezpieczeństwo tylu ludzi. - Skrzywiła się. Próbowała się przekonać, że to, co właśnie usłyszała z własnych ust, to nie empatia, a jedynie szybka kalkulacja zysków i strat ubrana w niefortunnie dobrane słowa.
Znowu prychnęła, bo lampiony teraz zdawały się śmiesznie nieistotne. Przecież nie zeszła się z Alastorem dlatego, że marzyła o ckliwych wieczorach w blasku świec, gwiazd, czy ognia mostów, które próbowała za sobą spalić.
- Jeśli mam wybierać między byciem pożartym przez Nessie a sytuacją w moim domu, pozwolisz, że życzę potworowi smacznego - oznajmiła, a potem spojrzała w toń odruchowo, jakby chciała się upewnić, że jej sarkastyczny komentarz nie został usłyszany i pobożne życzenie nie będzie spełnione. Nie chciała mierzyć się z bałaganem własnego ojca, ale też nie miała ochoty umierać w toni jeziora. - Wiesz... - zawahała się. Przełknęła ślinę, a potem skuliła się nieco, podpierając brodę na złożonych ze sobą dłoniach i patrząc, niby to nonszalancko, w zupełnie inną stronę. - Jest coś niezwykle przygnębiającego w tym, kiedy zaczyna się tracić wiarę w człowieka, na którego podobieństwo zostało się stworzonym - rzuciła, niby na wiatr, niby bez myślenia. Ale było coś w głosie Eden, co odebrało mu siłę, co zacisnęło gardło w ścisły supeł. Może to było wzruszenie, może żałoba za ideałem... a może poczucie zmarnowanego życia.
- Może naiwnie sądzili, że durniejszej rzeczy od rozwodu z moją siostrą nie uda mu się zorganizować - rzuciła lekko, nie ukrywając ani rozbawienia, ani cynicznego zabarwienia w głosie. Hipokryzja tego, że taki docinek opuścił usta akurat aspirującej rozwódki w tym momencie jeszcze do niej nie dotarła.
Średnio chciała wierzyć w tak zaawansowaną głupotę państwa Black. Nie znała swojego byłego szwagra wybitnie, ale miała z nim do czynienia odpowiednią ilość razy, by nie być w stanie pokładać wiary w jego rozsądek - oni natomiast znali go przecież od kołyski, więc tym bardziej powinni wiedzieć, że to raczej niemrawy na umyśle egzemplarz dziedzica. Gdyby była jego matką, krążyłaby nad nim niczym sęp, pocąc się ze stresu po nocach, że bez odpowiedniej jurysdykcji wpadnie na jakiś idiotyczny pomysł, który doprowadzi rodzinną renomę do ruiny. I, biorąc pod uwagę temat ich rozmowy, miałaby rację.
Z drugiej jednak strony, skoro rodzony ojciec Eden z dnia na dzień głupiał, to może i starych Blacków dopadła ta sama przypadłość.
- Owszem, zdarzają się buntownicy, Alek. - Nie patrz tak na mnie. - Tylko to nie jest przypadek buntu, bo bunt ma to do siebie, że zwykle jest przemyślany. Tutaj mamy do czynienia z przypadkiem bezbrzeżnej głupoty i braku refleksji - wypluwała z siebie słowa, chcąc brzmieć pewnie, może karcąco, ale nie było w tym ani krzty skupienia, bo jego całość poświęcała na ucieczce przed oczyma Moody'ego. Nie była w ciemię bita, choć z coraz większą częstotliwością tego żałowała; sugestia była niby niema, a jakimś cudem dudniała w głowie Eden. Niebywałe.
- Doprowadził do tego Percy, nie owijajmy w bawełnę - powiedziała to z dziwną dozą frustracji, jakby z dziwnych przyczyn rozjuszyła ją ta próba domniemania niewinności. A może przyczyną było coś innego? - I wybacz, jeśli oczekujesz ode mnie współczucia w kwestii tarapatów, w jakie sam się wpakował, ale jakoś średnio wzrusza mnie los kogoś, kto świadomie, bądź nie, naraził na niebezpieczeństwo tylu ludzi. - Skrzywiła się. Próbowała się przekonać, że to, co właśnie usłyszała z własnych ust, to nie empatia, a jedynie szybka kalkulacja zysków i strat ubrana w niefortunnie dobrane słowa.
Znowu prychnęła, bo lampiony teraz zdawały się śmiesznie nieistotne. Przecież nie zeszła się z Alastorem dlatego, że marzyła o ckliwych wieczorach w blasku świec, gwiazd, czy ognia mostów, które próbowała za sobą spalić.
- Jeśli mam wybierać między byciem pożartym przez Nessie a sytuacją w moim domu, pozwolisz, że życzę potworowi smacznego - oznajmiła, a potem spojrzała w toń odruchowo, jakby chciała się upewnić, że jej sarkastyczny komentarz nie został usłyszany i pobożne życzenie nie będzie spełnione. Nie chciała mierzyć się z bałaganem własnego ojca, ale też nie miała ochoty umierać w toni jeziora. - Wiesz... - zawahała się. Przełknęła ślinę, a potem skuliła się nieco, podpierając brodę na złożonych ze sobą dłoniach i patrząc, niby to nonszalancko, w zupełnie inną stronę. - Jest coś niezwykle przygnębiającego w tym, kiedy zaczyna się tracić wiarę w człowieka, na którego podobieństwo zostało się stworzonym - rzuciła, niby na wiatr, niby bez myślenia. Ale było coś w głosie Eden, co odebrało mu siłę, co zacisnęło gardło w ścisły supeł. Może to było wzruszenie, może żałoba za ideałem... a może poczucie zmarnowanego życia.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~