Czucie mogło być zaraźliwe. Mogło pogrążać i uskrzydlać. Uczyć oddychać i topić jednocześnie. Czuć - znaczy żyć. Flynn był kwintesencją życia. Był też esencją słodkiego kłamstwa, w które chce się wierzyć, żeby przeżyć swoją małą bajkę. O tym złym chłopcu skrzywdzonego przez życie i o dziewczynie z dobrego domu, której rodzice nie chcieli, żeby się z nim widywała. Sen każdej nastolatki - pomyśleliby dorośli. Jak prezentowała się przy tym dojrzałość tej dwójki? To nie nastoletnie tragedie sprawiły, że tutaj byli w takim duecie? Z takim problemami?
Czuł serce Flynna, jego drżenie i widział to wszystko wytkane na ciemnych rzęsach. Mojra byłaby dumna z tego rękodzieła - piękna to szata z ludzkiego cierpienia, która żywi się tragedią istnienia. Nie doceniał jednak tego piękna Laurent. To nie było piękne. Wpędzało w niepokój. Tworzyli pytanie: co się dzieje, które niemo brzęczało na jego spierzchniętych wargach. Powinno wybrzmieć na strunach zaraz za "co tutaj robimy".
Czuł też niepokój, który rezonować musiał od samego Flynna, albo rodził się już w nim - mizerna odpowiedź jako echo na całą gamę barw wylewającą się z tego czarnego płótna. Dotyk metalowej konstrukcji samochodu pod palcami i w końcu ciałem był teraz przejaskrawiony, zbyt wyraźny i chłodny. To nadal lato? Chmury na niebie nie sprzyjały odczuwaniu słońca. Ale Flynn był ciągle tak samo gorący.
Czuł niepokój, bo nie rozumiał tego, co się dzieje. Bo nic tu nie miało sensu, bo był w obcym miejscu, bo Flynn był naładowany kotłem emocji, a jemu nagle odwlekała się myśl o tym, że za wszystko powinien winić siebie. Nie za wszystko - już zostawała tylko część. Nie rozumiał co się dzieje, kiedy znalazł się pod Flynnem w tym aucie i co się dzieje, kiedy ten go puścił - i pobiegł. Odkrył w tym momencie, że się skulił. Że dał sobą przesuwać jak lalką, bo i tak nie był chwilowo niczym więcej. I że za dużo obojętności odnajdował w tym stanie. To uczucie było mu znane. Z tym, że tu nie stało się nic złego... Przynajmniej nie teraz. Przynajmniej nie z nim.
Nie chciał się podnosić, kiedy słyszał ten krzyk. W oczach stanęły mu łzy - ale to nie były łzy współczucia, ani samobiczowania się. To były łzy prowokowane przez bezsilność. Chciał iść do domu. Chciał się rozpłynąć, przestać istnieć, zniknąć. Ale obudził się w cudzym łóżku, w cudzych ciuchach i musiał rozmawiać z obcym człowiekiem. Bolało go wszystko, utrzymanie się na nogach było problematyczne, a ciężkość głowy wolała o pomstę do nieba.
Zasłużył na to. Za ten grzech dokonany wczoraj, przed którego głupotą obronił go Flynn - zasłużył na ten stan, tę bezradność i... Na wszystko inne.
Tu już był nawrót do mea culpa, Domine...
Otworzył ostrożnie drzwi po paru próbach zrozumienia, jak się je otwiera. Chłód dnia nie był miły, ale nie czuł się komfortowo w tym samochodzie. I nie chciał nie widzieć, co się dzieje, kiedy tnę krzyk cichł. Nie chciał, żeby Flynn zrobił sobie krzywdę, żeby coś mu się stało. Chciał wstać, ale zrezygnował z tego pomysłu. Za to nagie stopy nie przeszkadzały wcale Flynnowi. Dopiero teraz to zobaczył. Więc nie, mężczyzna nie miał powodu wątpić, że nie było zainteresowania do kontaktu. Bo Laurent się mu przypatrywał, kiedy wracał.
Czy to, co się tutaj stało, nie było właśnie najbardziej trzeźwym i zdrowym objawem emocji, na jakie Flynn mógł się zebrać?
- Mówiłem o tym, że - kontynuował dalej, jakby nic się nie wydarzyło, nawet jego ton się nie bardzo zmienił. To, jak bardzo wszystko było nie tak, było widać po jego oczach, które nie mieniły się jak fale w świetle dnia. - chciałabym, żebyś był szczęśliwy. I rozumiem, że twój partner mnie nie lubi. Nie chcę psuć twoich relacji. - Albo partnerzy? Był jeden? Wielu? Poznał jednego. I do niego chciał wracać.