Niepewność. A strach? Znajome uczucie. Tak, ono przebijało się przez ten dziwny pozór nieistnienia. Był niepokój i niepewność, był strach o samego siebie. Mężczyźni tego świata powiedzieliby, że to użalanie się. Ojciec spojrzałby na niego z politowaniem. Teraz ten strach nie obejmował siebie samego - szybko znalazł sobie inny cel, by budzić się jak Ozyrys stawiający uszy do pionu. Musiał nasłuchiwać. Na pewno nasłuchiwał. Flynn wyglądał bowiem teraz tak, jakby zaraz miał odejść na drugą stronę tego świata.
Wyciągnął nieporadnie ręce, chcąc podtrzymać Crowa w pionie - nieporadnie, bo nawet go nie złapał, tylko w jakiejś dziwnej asekuracji chciał zrobić sam-nie-wiedział-co. Liczą się chęci? Czasem tak. W innych sytuacjach tymi chęciami można było obetrzeć sobie gębę. Nie dotknął go nawet, ale chociaż zaświeciło się w nim zwątpienie, czy w ogóle powinien go dotykać, szybko zostało zgaszone. Jeśli wiedział coś na pewno o Flynnie to to, że potrzebował dotyku jak niczego innego. Ten dotyk był dla niego fundamentem całego istnienia. Spoglądał na niego z góry, z tego siedzenia i przekręcił się tak, żeby wyciągnąć nogi na zewnątrz. Czarnowłosy był tak blisko, że przez chwilę oparł je na jego udach, zanim zsunął je w dół - a razem z nimi zsunął siebie.
- Crow... - Opadł na ziemię, żeby go dotknąć - to po ramionach, to przyłożyć dłoń do jego rozszalałego serca, które teraz było takie biedne, tak rozpaczliwie próbujące utrzymać czarnowłosego przy życiu. Zsunął rękaw za dużej bluzy na jedną dłoń, żeby otrzeć pot z jego czoła. Śmierdział tym potem, który mieszał się z wonią traw i ziemi, z której pewnie dobrze nie zeszła jeszcze poranna rosa. Bzdura. Wyrodził jego umysł na słowa o mąceniu, a zaraz potem pojawiło się: to prawda. Lawirowanie słówkami, między półprawdami, było wygodne. Wygodniejsze niż powiedzenie: zostaw mnie, zajmij się innymi. Tego by nie potrafił powiedzieć. Bo we własnej, egoistycznej potrzebie chciał, żeby jednak Flynn go nie zostawił. Nie zmieniało to tego, że chciał go równie mocno puścić. Prawie jak ojciec pragnący odprowadzić córkę na ślubny kobierzec. Wyrzuciłby mu to, jak sam mącił dokładnie w tym momencie, ale pojawiło się słowo, które ostatnio było ostrzem tnącym go na kawałki. Słowo, którego używał w negatywnie. Nie kocham cię - mówił niemal każdemu. Łamiąc ich serca, niszcząc jakieś nadzieje. I tutaj też mógł to powiedzieć. Złamać jego serce, sprawić, że odejdzie. Mógł też powtórzyć mu to samo, co już mu powiedział: chciałbym cię pokochać, gdybyś na to pozwolił. Gdyby nie ta wyryta nożem linia, gdyby nie te wszystkie przeciwności, gdyby nie ta harda deklaracja, że on nigdy nie będzie jego. Nigdy wcześniej i nigdy później nie słyszał takiego zdecydowania w jego głosie jak wtedy, kiedy mówił, że on już ma dokąd wracać. A jego nieobecność w ostatnich dniach była tych słów zacementowaniem. - Manipulowałeś mną, żebym ci oddał kawałek serca. Z naszej dwójki to ja ci zadeklarowałem swoje intencje. Powiedziałem ci już - sam wyrysowałeś między nami linię. Zabudowałeś ją prostym stwierdzeniem, że ty masz już swoje miejsce na świecie. I nie jest to miejsce obok mnie. A teraz chcesz, żebym ci mówił, że cię kocham? Jak bardzo możesz być samolubny? - Tak, Laurent też potrafił być egoistą, zdawał sobie z tego sprawę, ale nie był samolubny do tego stopnia, żeby próbować kogoś zniewolić emocjami tylko po to, żeby go mieć. Żeby od czasu do czasu go odwiedzić i pospełniać jakieś swoje fantazje. I może nie powinien tego teraz mówić do trzęsącego się Flynna. Obejrzał się za siebie szukając wzrokiem jakiejś wody do picia, ale niczego takiego nie namierzył, więc znów wrócił wzrokiem do Edga. Przesuwał jego włosy, ocierał pot. W odruchu chciał ściągnąć bluzę i go okryć, ale na razie chyba musiał ostygnąć. - Wiele osób pytało mnie o to, czy ich kocham. Każdy usłyszał ode mnie to samo. Nie. - Czasami skala i unikalność potrafiła całkowicie umknąć, chociaż nie sądził, żeby akurat Flynn nie zdawał sobie sprawy z tego, jak łatwo ludzie do Laurenta lgnęli. - Tak, Crow. Kocham cię. - Proszę bardzo. Oto jest. Mógł zaprzeczać, ale to by nie była prawda. A teraz wcale nie czuł potrzeby robienia fałszywych kurtyn. - Lubię spędzać z tobą czas. Chcę spędzać z tobą czas. Chcę twój pieprzony dom. Nie, nikt nie kochał mnie lepiej. Nie, nikt nie kupił mi ładniejszego pierścionka. - Czy odpowiedział na wszystko? Czy o czymś zapomniał? Czy to za mało, czy jednak za dużo?
A słowo ciałem się stało, kiedy ucałował jego czoło.